+66
Dorotatota 31 lipca 2014 14:09
Poprzednia część relacji z Gwatemali: http://dorotatota.fly4free.pl/blog/151/dzieci-kukurydzy-4-kraje-ameryki-srodkowej-w-3-tygodnie-czesc-6/

Gwatemalscy Majowie od wieków zamieszkują strome brzegi jeziora Atitlán, uważając je za święte miejsce. Znaleziska archeologiczne dowodzą, że na tym terenie mogło znajdować się wysoko rozwinięte prekolumbijskie miasto. Badania nad wykopaliskami są jednak utrudnione, bowiem przez tysiące lat poziom wody znacznie się podniósł i niezbadane pozostałości dawnej cywilizacji znajdują się obecnie pod powierzchnią. Wpatrując się w osnutą mgłą taflę, zastanawiamy się, ile tajemnic kryje…



Najgłębszego jeziora Ameryki Centralnej strzegą wulkany San Pedro, Tolimán i Atitlán, z których każdy mierzy ponad 3 tysiące metrów. To właśnie ukryta w ich idealnych stożkach pradawna podziemna energia wyrzeźbiła okoliczny krajobraz, tworząc olbrzymią kalderę wypełnioną wodą.



Pierwszy wieczór nad Lago Atitlán spędzamy w Jaibalito – mieścinie niedostępnej za pomocą samochodu, do której można się dostać tylko łodzią (lancha) lub pieszo. Z Santa Cruz do Jaibalito idzie się godzinę, skąd dalej można dojść przez Tzununa do San Marcos (w 3 godziny). Dalej znajdują się miejscowości San Pablo, San Juan i San Pedro. Nie istnieje szlak okalający całe jezioro. W spokojnej wiosce Jaibalito, liczącej 700 mieszkańców, nie spotykamy turystów. Miasteczko składa się z jednego głównego chodnika, który wiedzie od niewielkiego pomostu w górę zbocza oraz czterech mniejszych ścieżek, które łączą około 150 biednych domków Majów, szkołę, sklep i parę posiadłości cudzoziemców. Życie nocne nielicznych okolicznych gringos koncentruje się w knajpce “Posada De Jaibalito”, bardziej znanej jako “Hans Hostel” (można tu znaleźć noclegi za 35 GTQ). Co wieczór przy kilku stołach garstka dość nietypowych ludzi przesiaduje przy litrowych butlach piwa Victoria. Moi towarzysze podróży zamawiają jakieś niemieckie sznycle i falafele z ciecierzycy. Po chwili żałują swojego wyboru i podbierają mi z talerza rewelacyjne, chrupiące tacos z guacamole. Świeża, aromatyczna papka z awokado, doprawiona limonką, kolendrą i odrobiną chili smakuje fenomenalnie! Ogromna porcja szybko znika i po chwili mamy ochotę zamówić kolejną. Poznajemy Niemca, który jest właścicielem lokalu. U Indian docenia zaufanie i serdeczność, jaką się darzą nawzajem. Okazuje się, że Hans posiada prywatną ekologiczną plantację kawy i sprzedaje świeżo palone ziarna. Można tu również kupić owoce kakaowca i orzechy makadamia.

Podczas kolacji rozmawiamy z grupką ekspatów, którzy w Gwatemali osiedlili się na stałe. Zgodnie twierdzą, że nie wyobrażają sobie powrotu do swoich krajów. Opowiadają nam, jak im się tutaj żyje. Ci, którzy przybyli z USA, chwalą lokalne warzywa i owoce. Jeden z Amerykanów opowiada, że dopóki mieszkał w Stanach, nie miał pojęcia, jak smakują prawdziwe pomidory. Dopiero w Gwatemali uświadomił sobie, że modyfikowana genetycznie i przetworzona chemicznie żywność, którą dotychczas jadał, była pozbawiona smaku i aromatu. Amerykanie siedzący przy stole narzekają na pozorną wolność w Stanach Zjednoczonych i brak poczucia bezpieczeństwa. Jak doszło do tego, że mieszkańcy USA uważają Gwatemalę za idealne miejsce do życia? Jeden z mężczyzn, pochodzący z Nowego Orleanu, opuścił ojczyznę w 2005 r., po tym jak huragan Katrina zniszczył cały jego dobytek. Opowiada, jak długo poszkodowani podczas cyklonu oczekiwali wówczas na pomoc i porównuje, jak szybko rząd Gwatemali zapewnił mieszkańcom schronienie podczas huraganu Stan i tropikalnej burzy Agatha, gdy poziom wody w jeziorze podniósł się o ponad 3 metry, topiąc domy i pola.

Siedzący w knajpce gringos narzekają jedynie na śpiewy, którymi męczą ich Guatemaltecos co wieczór przez półtorej godziny. Osobiście cieszę się na myśl, że prawdopodobnie będziemy mieli okazję posłuchać indiańskiej muzyki na żywo. Faktycznie, gdy odchodzimy od stołu około godziny 22, nocną ciszę wypełniają dziwne odgłosy. Niestety jednak są to głośne, fałszywe dźwięki, które ranią nasze uszy. Czytałam gdzieś, że Gwatemala może pochwalić się bardzo oryginalną muzyką ludową, ale prawdę mówiąc trochę inaczej ją sobie wyobrażałam. Nieco rozczarowani, acz zaciekawieni tym niezwykłym koncertem, podążamy za melodią. Znajdujemy w sobie dość odwagi, by wejść po schodach do ciemnego budynku, z którego piętra dobiega śpiew. Zaglądamy nieśmiało przez otwarte drzwi niewielkiego pokoju, w którym keyboard, gitara i perkusja akompaniują soliście zawodzącemu do mikrofonu. Poziom wykonania pozostawia wiele do życzenia – brzmi to trochę jak marny, bardzo smutny zespół weselny i w niczym nie przypomina koncertu marimbistów, którego mieliśmy okazję słuchać w Antigua Guatemala. Przyglądamy się publiczności, zajmującej kilkanaście krzeseł na „widowni” i dociera do nas, że ci ludzie raczej nie przyszli tu, by tańczyć. Mężczyźni ubrani są w czarne spodnie i białe koszule, kobiety raczej w ciemnych barwach, a na ich twarzach nie widać nawet cienia uśmiechu… Widząc ich miny, zdajemy sobie sprawę, że turyści raczej tu nie zaglądają, a już na pewno nie o tej porze. Robi nam się głupio, bo czujemy się jak intruzi. Może trafiliśmy na jakąś stypę lokalnej społeczności? Gdy wycofujemy się na werandę, oblega nas grupka kilkuletnich, szczerbatych chłopców, najwyraźniej znudzonych ponurym „koncertem”. Podczas gdy dorośli siedzą w pokoju, indiańskie dzieciaki dokazują w najlepsze. Na widok naszego aparatu, proszą, by zrobić im zdjęcie. Gdy pozujemy, chłopaki wieszają mi się na szyję i ciągną za ręce. Jeden z nich mówi: „Un beso, por favor” i zmusza drugiego, by dał mi buziaka w policzek.



Moi towarzysze podróży odnajdują porozumienie z młodymi Indianami – po chwili patrzę, jak unoszą dzieciaki w górę i kręcą nimi jak na karuzeli. Chłopcy są zachwyceni. Przed wyjazdem czytałam, że podobno tubylcy obawiają się, że turyści mogą chcieć porwać ich dzieci. Natychmiast przerywam beztroską zabawę. Gdy uświadamiamy sobie, jak rodzice mogliby odebrać takie harce, rozglądamy się zaniepokojeni. Na szczęście śpiew zagłusza wszystko dookoła i dorośli nadal siedzą w pokoju. Na gwatemalskiej prowincji wielu ludzi jest bardzo zabobonnych i trzeba mieć się na baczności, by nie zostać posądzonym o czary. Zbiegamy po schodach w dół, a dzieciaki oczywiście lecą za nami, sądząc, że bawimy się w berka. Gdy tłumaczę im, że powinny wrócić do domu, w odpowiedzi słyszę: „Ven a mi casa” (Chodź do mojego domu). Tego już za wiele. Nie zważając na prośby, ruszamy szybkim krokiem w stronę Santa Cruz. Zapadł mrok, okolica nie jest w żaden sposób oświetlona, a przed nami długa droga ścieżką w poprzek zbocza. Szkraby w dziurawych butach biegną w nasze ślady. W maleńkim sklepiku po drodze kupujemy im kilka batonów. Gdy zostawiamy w tyle osiedle Majów i docieramy do mostku, chłopcy wreszcie odpuszczają – wygląda na to, że to granica, do której rodzice pozwalają im oddalać się od domu. Niemal biegniemy nierównym, lekko stromym szlakiem, co chwila nerwowo oglądając się za siebie. Żałuję, że tak długo zasiedzieliśmy się w Jaibalito. Nieprzeniknioną ciemność oświetlają tylko latarki w naszych telefonach. Przez cały czas nie mogę pozbyć się wrażenia, że ktoś nas śledzi. Choć okolica jest raczej spokojna, jako jedyni biali w okolicy, nie czujemy się zbyt bezpiecznie. Przewodnik Lonely Planet ostrzegał przecież, że na trasach okalających jezioro Atitlán zdarzają się napady i kradzieże. Gdy po około 30 minutach z bijącym sercem docieram do furtki naszego hostelu, oddycham z ulgą. Nocne niebo nad wulkanami rozświetlają gwiazdy. W naszym bambusowym domku na stromym zboczu wieczorem nie ma ciepłej wody, ponieważ jest ona ogrzewana za pomocą energii słonecznej. Po dniu pełnym wrażeń, zapadamy w mocny, regenerujący sen.



Około piątej nad ranem budzi mnie upajający śpiew ptaków uganiających się wśród drzew i zarośli. Ściany domku są bardzo cienkie i miejscami dziurawe, więc doskonale słyszę odgłosy otaczającej mnie dzikiej przyrody – kroczki jaszczurki przebiegającej po ścianie, bzyczenie owadów i trzepot piór. Wdycham chłodne górskie powietrze wpadające przez łazienkowe okno bez szyby, obserwując jak zza mgieł powoli wstaje słońce. W półmroku wyciągam aparat i opieram się o ścianę, próbując utrzymać go stabilnie, by nie poruszyć podczas przedłużonego naświetlania.



Skupiona na fotografowaniu, pod swoją dłonią wyczuwam jakiś ruch i aż podskakuję, gdy dostrzegam paskudnego, włochatego pająka, który właśnie wylazł spod futryny drzwi. Gdzieś daleko, po drugiej stronie jeziora zauważam ledwo dostrzegalny dymek. Pochodzi z oddalonego o 47 kilometrów wulkanu Fuego. Jego stożek, wznoszący się na wysokość 3763 m n.p.m., jest niewidoczny z tej odległości. Dzień wcześniej w Antigua Guatemala również obserwowaliśmy ten najbardziej aktywny wulkan w Ameryce Środkowej, wyrzucający z siebie chmurę pary.



Widok aktywności wulkanu na tle wschodu słońca, połączony ze śpiewem egzotycznych ptaków, jest tak nieziemski, że przez godzinę stoję jak urzeczona, patrząc jak nocne niebo powoli rozjaśniają coraz to nowe odcienie czerwieni. Odechciewa mi się spać. Całkowicie oczarowana, robię kilkadziesiąt zdjęć. Niestety żadne z nich nie jest w stanie oddać piękna natury zatopionej w brzasku powoli budzącego się dnia.



Mieszkamy na wysokości około 2000 m n.p.m., czyli trochę ponad wierzchołkiem polskiego Kasprowego Wierchu. Poranek jest zimny i moje ciało przechodzi dreszcz. Woda pod prysznicem powoli się nagrzewa i osiąga zaledwie znośną temperaturę. Na szczęście pierwsze gorące promienie słońca wpadają przez otwór w ścianie łazienki.



Dzień rozpoczynamy od desayuno típico - tradycyjnego gwatemalskiego śniadania, składającego się z czarnej fasoli na ciepło, jajecznicy, smażonych bananów (platanów) i plastra słonego sera.



Przy śniadaniu dowiadujemy się, że opowieści o napadach na turystów na szlakach są celowo popularyzowane przez miejscowych ludzi, aby kupowali oni wycieczki w lokalnych biurach podróży. Okazuje się też, że wczorajszy tajemniczy koncert nie był stypą, lecz mszą ewangelicką w jednym z prowizorycznych kościołów, których w maleńkim Jaibalito jest aż pięć! Gwatemalczycy to głównie katolicy, jednak ok. 35% społeczeństwa wyznaje protestantyzm. Gdy kraj nawiedzały kolejne trzęsienia ziemi lub huragany, kościoły z USA posyłały tu misje humanitarne, a w 1989 roku zorganizowano pomoc w odbudowie domów, zniszczonych w trakcie wojny domowej. Dzięki takim działaniom powoli zadomowiły się tu kolejne religie – wśród nich można wymienić zielonoświątkowców, baptystów, prezbiterian, luteranów i Adwentystów Dnia Siódmego. Jest też trochę mormonów i Świadków Jehowy. Ewangelicy, sprzeciwiający się alkoholizmowi i przemocy, stopniowo zdobywają w Gwatemali coraz większą rzeszę wyznawców. To właśnie oni wyśpiewują pod niebiosa pieśni religijne na melodie najnowszych przebojów. Część rdzennych mieszkańców wciąż wyznaje religię pogańską i kultywuje wiele prekolumbijskich zwyczajów, jednak protestanccy pastorzy powoli odcinają Majów od ich korzeni i tradycji.

Popijając gwatemalską kawę, zastanawiamy się, do którego miasteczka warto się wybrać w taki piękny dzień. Wiemy, że Panajachel to komercyjny raj dla miłośników imprez, San Perdo La Laguna przyciąga backpackersów i rastamanów, do San Marcos La Laguna kierują się głównie osoby, wierzące że drzemie tu niezwykła moc. Santa Cruz – miejscowość, w której mamy noclegi – trudno nawet nazwać wioską, bo składa się z dosłownie kilku domów na krzyż.



W latach 60. jezioro przyciągało wielu hipisów z USA. Turyści, którzy przybywają nad Atitlán, wierzą, że miejsce to emanuje specyficzną energią, stwarzając idealne warunki do medytacji, relaksacji i terapii holistycznej. Można tu spotkać liczne ośrodki oferujące zajęcia z jogi, masaże, wróżby z tarota, a nawet rytuały Voodoo.



Gładka o poranku tafla wody zachęca nas, by popłynąć najdalej jak się da – na przeciwległy brzeg jeziora, do oddalonego o 11 km Santiago Atitlán. Idziemy po chybotliwej kładce rozciągniętej wzdłuż brzegu, by z naszej przystani złapać łódkę do Pana, gdzie będzie trzeba się przesiąść. Da się zauważyć, ze poziom wody w jeziorze był kiedyś zdecydowanie niższy – pod powierzchnią widzimy zatopione pnie drzew.



Publiczna łódź (lancha pública) pełni funkcję promu. Do malutkich, indiańskich wiosek rozrzuconych wokół jeziora można się dostać jedynie drogą wodną. Do Santiago Atitlán, San Pedro i San Marcos kursują chickenbusy, jednak taka podróż trwa o wiele dłużej ze względu na ukształtowanie terenu. Publiczne łodzie kursują co około 20 minut, mniej więcej od godziny 7 do 17. Zazwyczaj za przepłynięcie do najbliższej wioski trzeba zapłacić 10-15 GTQ. Przy dłuższym dystansie cena wzrasta dwukrotnie. Opłatę należy uiścić dopiero przy wysiadaniu i najlepiej mieć odliczoną sumę. Tubylcy płacą nieco mniej. Jeśli przewozimy sporo bagaży, zwykle za 3-4 sztuki trzeba zapłacić łącznie jak za dodatkowego pasażera. Z maleńkiego pomostu w Santa Cruz machamy ręką do płynącej w oddali łódki i po chwili wsiadamy do łupinki z silnikiem motorowym. Najlepsze miejsce jest oczywiście na dziobie.



W Panajachel można znaleźć jedyne bankomaty w okolicy. Wypłacają tylko banknoty 100 GTQ, więc trzeba je następnie rozmienić. W sklepie w Pana zagaja do nas jakiś tubylec. Pojawia się znienacka, ale mam wrażenie, że mógł iść za nami od jakiegoś czasu i słuchać, o co pytamy ludzi w porcie, bo doskonale wie, dokąd chcemy popłynąć. Proponuje, że zaprowadzi nas do przystani, z której odpływają łodzie do Santiago Atitlán. Po drodze rozmowa po hiszpańsku toczy się tak gładko, że daję się ponieść konwersacji. Gdy czegoś nie rozumiem lub brakuje mi słów, płynnie przechodzimy na angielski. Po krótkiej wymianie zdań pokazuje nam jakąś laminowaną kartkę, twierdząc, że to legitymacja sternika. Przy okazji chwali się zdjęciami swoich dzieci. Domyślałam się, czym to pachnie – w jego oczach widać, że zwietrzył szansę na interes. Z doświadczenia wiem, że wraz ze znajomość języków obcych u tubylców wzrasta cena oferowanych przez nich usług. Ten jednak proponuje nam prywatną łódź za śmiesznie niską opłatą (ok. 10% standardowej ceny), co wydaje się dość podejrzane. Mówi, że przez cały dzień opłyniemy jezioro dookoła wzdłuż brzegu i dotrzemy do wielu wiosek indiańskich, do których nie dopływają turyści. Wiemy, jak drogie są tutaj tego typu usługi, a jegomość nie budzi zaufania i wolimy nie ryzykować, że nas gdzieś wywiezie i okradnie. Gdy okłamuje nas, że ostatnia łódź publiczna odpłynęła i skończyła na dziś kursować, automatycznie przestaję go słuchać – to oszust. Jest południe i wiem, że regularne rejsy trwają co najmniej do godziny 17. Oczywiście przy przystani odnajdujemy publiczną łódź do Santiago Atitlán. Trzeba tylko poczekać, aż zapełni się ludźmi. Niestety podejrzany typek nie odpuszcza i zagaduje do sternika. Pieniądze okazują się kwestią drażliwą. Świadomi, że rejs powinien kosztować maksymalnie 35 GTQ, nie zgadzamy się na trzykrotną podwyżkę ceny. Wiemy, że tubylcy płacą za rejs dopiero w momencie przybicia do docelowej przystani, jednak nasz nowy znajomy twierdzi, że my musimy zapłacić z góry, w przeciwnym razie nie popłyniemy. Robi się nieprzyjemnie. Po długich negocjacjach obniżamy cenę do przyzwoitego poziomu i dla świętego spokoju płacimy z góry, po czym sternik na naszych oczach wypłaca „naganiaczowi” prowizję tylko za to, że przyszedł z nami do portu.

Płyniemy chyba z godzinę, nie ma wiatru ani silnych fal. Santiago Atitlán jest sporym miasteczkiem (45 tys. mieszkańców). Liczyliśmy na to, że mimo wszystko będzie tu trochę bardziej kameralnie, jednak jest tu sporo samochodów, tuk tuków i betonowych budynków, stłoczonych wzdłuż stromych ulic. Dojeżdża tu nawet chickenbus. Miejscowość jest za to pięknie zlokalizowana – w głębokiej zatoce między wulkanami Tolimán i San Pedro.



Do największego z miast nad jeziorem dociera znacznie mniej turystów, niż do Panajachel. Gdy idziemy w stronę targu, na ulicy mijamy samych Gwatemalczyków. Zwracam uwagę, że jesteśmy wyżsi od wszystkich tubylców. Mam świadomość, że współcześni Majowie nie lubią być fotografowani, jednak nie mogę oprzeć się pokusie uwiecznienia widoku indiańskich handlarek w tradycyjnych strojach. Sprzedają świeżo złowione ryby, owoce, warzywa, orzechy i pastylki czekolady na wagę. Staram się robić zdjęcia w dyskretny i nienachalny sposób, z dużej odległości. Raz na jakiś czas pstrykam serię i po chwili aparat znów ląduje w plecaku.



Mężczyźni w kowbojskich kapeluszach nie mają oporów i swobodnie pozują do zdjęcia, zagadując do nas.



Uliczni handlarze siedzą bezpośrednio na chodniku lub na plastikowych skrzynkach po Coca-Coli i Pepsi. Na folii rozłożonej na ziemi rozsypano świeże, kolorowe owoce słynnej gwatemalskiej „café de Atitlán” na sprzedaż. Szkoda, że nie mamy warunków, by je uprażyć i zemleć.



Jak już zdążyliśmy zauważyć podczas naszego pobytu w Antigua Guatemala, poszukiwania kawy o odpowiedniej mocy i aromacie to prawdziwe wyzwanie. W kraju, który słynie z idealnych warunków naturalnych dla tego typu plantacji, większość zbiorów trafia na eksport, a turystom podaje się wodnisty, pozbawiony zapachu napój, który nie przypomina nawet najgorszej kawy rozpuszczalnej. W Gwatemali wielkie zyski z uprawy kawy czerpią tylko nieliczni – przeciętni mieszkańcy posiadają pola cebuli, kukurydzy lub pomidorów.



Mijamy mężczyznę niosącego zakupy w dość ciekawy sposób – pasek torby zawieszony jest na jego czole. Indianki natomiast dźwigają na głowach miski i kosze bez podtrzymywania ich rękami. Idą powoli, balansując ciałem, jednak całym sekretem jest podłożona pod spodem chustka, która pomaga utrzymać ciężar w równowadze.



Podobno rdzenna ludność gwatemalska nie lubi, kiedy mówi się o nich „Indianie”, ponieważ nazwa ta została nadana przez Kolumba i konkwistadorów. Majowie wolą, gdy używa się określenia „indichenos”.



Kościół katolicki w Santiago Atitlán położony jest na największym wzniesieniu w miasteczku. Po schodach ułożonych w kształt półkola wchodzimy na przestronny plac, z którego rozciąga się widok na wulkan. Podobnie jak większość świątyń w mniejszych gwatemalskich miejscowościach, kościół jest skromnie urządzony – żadnych złoceń i przepychu.



Naszą uwagę zwracają figury, które wystrojone są w specjalnie uszyte, eleganckie stroje… bo przecież święci nie mogą być nadzy. Wycięto jedynie otwory na charakterystyczne atrybuty poszczególnych postaci. Szaty co jakiś czas są zmieniane na nowe.




Miejscowi przykryli rzeźbę Jezusa jedwabnymi apaszkami i kocykiem z nadrukowanym motywem z jakiejś bajki Disneya.



Naszą uwagę zwraca fakt, że w kościele modlą się sami Indianie w regionalnych strojach. Podobno rdzenna ludność gwatemalska potrafi na przykład odmówić modlitwę w kościele, a następnie udać się do szamana z prośbą o ładną pogodę.



Stroma ulica odchodząca od przystani to jeden wielki kram z pamiątkami (artesanías). Najciekawsze są ręcznie rzeźbione, kolorowe maski związane z mitologią Majów. Co chwila zaczepiają nas Indianki, zachęcając do zakupów. Kuszą mnie plecione sizalowe hamaki w kolorowe pasy – zawsze marzyłam, by zamontować sobie takie legowisko w swoim pokoju. Niestety w naszej podróży mamy jeszcze sporo kilometrów do przejechania, a miejsca w plecaku brak. W końcu kupuję piękną, tkaną chustę – taką, jak noszą Indianki.



Pochłonięci targowaniem, przypominamy sobie, że publiczne rejsy na jeziorze trwają tylko do 17:00. Schodzimy do przystani – mamy pół godziny, bo znaleźć transport do Santa Cruz. Sternik prywatnej łodzi próbuje nas przekonać, że ostatnia tania motorówka już odpłynęła i musimy skorzystać z jego usług. Oczywiście to nieprawda, jednak okazuje się, że możemy dopłynąć tylko do San Pedro, gdzie będziemy musieli się przesiąść w ostatnią publiczną łódź do Panajachel i poprosić sternika, by zatrzymał się po drodze w Santa Cruz. Nie ma sprawy, chętnie zahaczymy jeszcze jedno miasteczko. Gdy płyniemy, widzimy jak przy brzegu Indichenas w kolorowych strojach robią pranie i myją włosy w jeziorze. Jak zwykle wieczorem zrywa się wiatr „Xocomil” (czyt. szokomil). Według legendy to duch Indianina, który przed wiekami skoczył do wody za swą ukochaną i do dziś nawiedza Atitlán, próbując ją odnaleźć. Robią się silne fale i zaczyna nami bujać. Gdy przybijamy do pomostu w San Pedro, sternik właśnie odpala silnik. Nie ma czasu na zwiedzanie. Desperacko prosimy żeby wziął nas ze sobą – do naszej mieściny możemy dostać się tylko drogą wodną. Jak na ostatnią łódkę, jest w niej zaskakująco pusto. Po kilkunastu minutach poznajemy przyczynę – to prywatna łódź, ale właściciel zlitował się nad nami i złapie dla nas publiczny transport po drodze. A więc czeka nas jeszcze jedna przesiadka. Gdy okazuje się, że odbędzie się ona pośrodku ogromnego jeziora wypełniającego kalderę wulkaniczną, emocje sięgają zenitu. Atitlán ma ponad 130 km kwadratowych i w tym miejscu głębokość może dochodzić do 300 m. Na domiar złego, gdy nasz sternik łapie dla nas publiczną łódź, okazuje się, że jest ona wypełniona po brzegi. Poza pasażerami, na pokładzie znajdują się worki z awokado. Mocno przeciążona motorówka jest tak bardzo zanurzona, że sprawia wrażenie, jakby tonęła. Miny Indian wyrażają obojętność, ale kilku turystów ostro protestuje, gdy chcemy się dosiąść. Spanikowana starsza pani w hipisowskich ciuchach chce z kolei wysiąść do pustej łodzi, którą przypłynęliśmy. Kilka osób postanawia założyć kapoki. Fale co chwila obijają się o burtę, zimna woda chlapie do środka. Jesteśmy tylko w krótkich rękawkach – jak dobrze, że mam kolorową tkaninę kupioną na targu. Tak jak lokalne kobiety, opatulam się w praktyczną chustę.



Siedzę z nogami powciskanymi między tobołki i patrzę na zielony brzeg jeziora, pięknie oświetlony promieniami zachodzącego słońca, starając się odgonić od siebie myśl, że praktycznie nie umiem pływać… Minuty ciągną się w nieskończoność, ale jakoś dopływamy do naszego molo.



To nie koniec wrażeń na ten dzień. W nocy w swoim łóżku znajduję skorpiona! Zamieram na widok charakterystycznych szczypców i kolca na odwłoku. Z przerażeniem stwierdzam, że znajduje się dokładnie w miejscu, na którym właśnie planowałam usiąść. Na szczęście na tyle dobrze kontrastuje z kolorowym kocem, że zwraca moją uwagę. Znajduję w sobie tyle opanowania, by nie uciec z krzykiem za drzwi. Robię mu pamiątkowe zdjęcie, zastanawiając się, jak usunąć tego niechcianego gościa z naszego drewnianego domku. Na szczęście w odpowiednim momencie zjawia się pomoc, a po chwili skorpion zostaje ostrożnie złapany między dwa buty i wyniesiony na zewnątrz.



Teraz już na pewno nie zasnę. Na szczęście, gdy pokazujemy tutejszej dziewczynie zdjęcie skorpiona, uspokaja nas, twierdząc, że to nieszkodliwa odmiana, która posiada słaby i niegroźny dla człowieka jad. Jego ukłucie podobno przypomina użądlenie pszczoły. Wujek Google informuje, że tylko 25 z 1600 gatunków skorpionów na świecie stanowi dla nas realne zagrożenie. Tak się składa, że akurat tego samego wieczoru coś ugryzło mnie w policzek. Miejsce ukąszenia lekko spuchło. Nie wiem, czy to jeden z wielu komarów, czy coś innego. Po dniu pełnym wrażeń, dostaję ku pokrzepieniu szklankę rumu z colą i limonką, po czym owijam się kocem i zasypiam otulona w sizalowy hamak. W tutejszym klimacie świetnie nadaje się on do spania – nie nagrzewa się i skutecznie izoluje od mrówek, pająków i innego robactwa łażącego po ziemi. A do tego stanowi naturalny repelent. Mocny zapach naturalnego włókna z agawy sizalowej doskonale chroni przed komarami. Cykady grają mi do snu.



Gdy około północy wstaję i idę do toalety, za swoimi plecami słyszę dziwne chrobotanie. Patrzę i oczom nie wierzę – ogromne mrówki urządziły sobie ucztę z roślinek zdobiących naszą łazienkę. Swoimi silnymi szczypcami odgryzają po jednej łodydze, po czym tną ją na maleńkie cząstki. Ogołociły już kilka kwiatków, które zwisały z sufitu. Mniejsze mrówki robią za siłę roboczą i cierpliwie wynoszą fragmenty roślinek kawałek po kawałku… prawdopodobnie budują mrowisko. Kładę się do łóżka, ale nie mogę zasnąć, bo męczy mnie ból gardła i kaszel. Duch Indianina, powodujący fale na jeziorze mnie przeziębił;) W nocnej ciszy wsłuchuję się w przedziwne szmery za cienką ścianą. Co pewien czas słyszę odgłos kolejnych łodyżek spadających na posadzkę. Rano stwierdzam, że w naszej łazience nie uchował się ani jeden kwiatek.



Odgłosy wstających ptaków budzą mnie o 7 rano. Pełni nowej energii, pakujemy nasze plecaki i jemy śniadanie. Dziś żegnamy się z jeziorem i wyruszamy do Flores.

(W kolejnych częściach: Flores – Tikal – Salwador)

Dodaj Komentarz

Komentarze (1)

batistoota 3 sierpnia 2014 00:05 Odpowiedz
Jak zwykle świetna relacja okraszona pięknymi zdjęciami. DZIĘKI!