0
Antia 23 kwietnia 2020 12:40
Image


Image


Image



Poznany podczas odpoczynku nad rzeką sympatyczny Pankaj zaprowadził mnie do dwóch świątyń. W jednej z nich ludzie tańczyli przy głośnej muzyce, obsypując się przy tym wzajemnie żółtymi i pomarańczowymi kwiatami. Do drugiej dotarliśmy po niezłej burzy z padającym gradem. Chwilę przed ulewą uliczką przejechał odświętny strojny orszak z końmi i powozem.

Wszystko za nim było w kolorze ciemnego różu. Proszek sypany z powozu tworzył chmurę, która opadając zakrywała wkoło purpurową powłoką. Niezadowoleni za bardzo byli z tego uliczni sklepikarze, chowając pośpiesznie swoje dobra pod foliami i kartonami. Lunął zimny deszcz z nieba i powietrze zrobiło się klarowne, bez proszku. Ulica w minutę zamieniła się w rzekę i było mi zdecydowanie za zimno. Skryliśmy się w jakimś wąskim wejściu. Byłam w klapkach, mój towarzysz na bosaka. Twierdził, że jest przyzwyczajony do chodzenia na boso.


Image


Image


Image


Image


Image


Image


Image


Druga świątynia była pełna ludzi oczekujących na kapłanów i odsłonięcie bóstwa. Wnętrze stanowił dziedziniec z otaczającym go rzeźbionymi krużgankami. Tam na górze swoje pozycje zajęło kilku lokalnych fotografów i młodziaków z woreczkami z proszkiem. Nie było jednak turystów, chyba świątynia jest mniej znana od Banke Bihari. I to mi się podobało. Jedynym minusem, było diabelna lodowatość w nogi. Do świątyń wchodzi się zawsze boso a do tego zima woda jest wszędzie. No ale cóż, inaczej się tego cudnego zjawiska nie da przeżyć. Zobaczyć można, w telewizji, ale doświadczyć na własnej skórze już nie. Wszyscy radośnie powitali początek mszy, kiedy to kapłani polewali zebranych żółtą wodą nabieraną z wielkiej misy stojącej przy ołtarzu, na zmianę z sypaniem tumanami barwnego proszku- gulal. W powietrzu mieszała się woń kwiatów i kokosowych słodkości, które rozdawali wiernym.


Image


Image


Image


Image


Image


Image


Image


Nie jest ważne, że przed chwilą dostałam niebieskim proszkiem prosto w oczy a po chwili goswani (kapłan) oblał mnie zimną żółtą wodą. Nogi całe różowe od zabarwionej wody, która zalega na świątynnej podłodze. Kiedy tak kolorowe proszki fruwały między tłumem barwnych ludzi zdałam sobie sprawę, żetu i teraz, w tej chwili, jestem szczęśliwa. Mimo przenikliwego zimna od podłogi, mokrych ubrań, serca i braku chęci do życia, ta eksplozja kolorów, radości innych ludzi udzieliła się i mnie. Takie zaraźliwe szczęście. Endorfiny i euforia. Magia i mistycyzm. Ci ludzie byli tak autentyczni w wyrażaniu swoich emocji, że na kilka chwil zapomniałam o swoich problemach. Ile uciechy sprawiały mi kłęby kolorowego proszku unoszące się wkoło, ich żywe odcienie i muzyka bębnów dholak w tle. Czułam się jak w transie, w rzeczywistości nie z tego świata.

Jeszcze długo po zasłonięciu przez kapłanów ołtarza, zebrani bawili się dalej w świątyni. Podłoga była krwisto czerwona, pełna wody zmieszanej z kwiatami. Stary czy młody, każdy był kolorowy i mokry od stóp do głów.

Nie wszystkie kolory z ciała się domyły, na drugi dzień miałam tęczowe włosy i niebiesko- fioletową twarz.
Kolejnego dni od rana znów do świątyń, tym razem sama, bez Pankaja, przystojnego chłopaka, który wczoraj był za mojego przewodnika. Jednak powoli poznaję już plan miasta i umiem trafić do wybranych miejsc. Trafiłam na zakończenie modlitwy w odwiedzonej wczoraj świątyni. Ludziom wcale nie spieszyło się do wyjścia. Ktoś na bębnie wystukiwał rytm, inny zainicjował śpiew i się zaczęła radosna zabawa. Za chwilę bok świątyni wypełniły wirujące w tańcu pary, za nic mając śliską podłogę i różowy proszek sypany garściami z krużganków. Śpiewali wszyscy, poruszając się w rytm bębna. Szał.


Image


Image


Image


Image


Image


Image



Cały dzień spędziłam na spacerach między świątyniami, udało mi się nawet wejść za tłumem ściśniętych ludzi do tej najsłynniejszej, Banke Bihari. Tam jednak nie można było robić zdjęć podczas samej celebracjii a szkoda, bo miejsce bardzo fotogeniczne. Mnóstwo kolorów, proszku, wody i barwnych ludzi.
Rzeka ludzi przelewała się przez jej wnętrza a przed wejściami walały się setki butów. Do świątyni wchodzi się boso, pewnie część z właścicieli zostawia swoje obuwie na zawsze. Wczoraj widziałam, jak ludzie sprzątający świątynię dwa razy dziennie, zbierają wielkimi szuflami te buty na taczki. Buty bez ludzi. Takie porzucone.
Szalejąca epidemia koronawirusa i sprawy związane ze zdrowiem sprawiły, że skróciłam swoją podróż. Rezerwacje lotów do Kaszmiru, na Andamany i do Nepalu przepadły. Nasz narodowy przewoźnik zaproponował zmiany bezkosztowe w związku z epidemią i wróciłam do Polski na chwilę przed zamknięciem granic.


Image


Image


Image


Image


Image

Dodaj Komentarz

Komentarze (2)

boots 24 kwietnia 2020 05:08 Odpowiedz
Quote:Wg niego numer paszportu, to numer i dwie litery na początku. Wg mnie, numer, to numer. Rację ma on, nie Ty.
south 12 maja 2020 05:08 Odpowiedz
Numery paszportów składają się z dwóch liter i siedmiu cyfr. Podobnie z tablicą rejestracyjną - na "numer" składają się też litery.