+1
Zeus 8 października 2020 12:47
Czasy ciężkie. Siedzi się w domu, miało się lecieć na inny kawał świata, a tu zong. Żeby nie dopaść w depresję, otwiera się stare fotki. I szczególnie te z listopada 2019, gdzie odbyłem podróż marzeń, czyli do Chile

W sumie to nie wiem z skąd ta miłość do Chile. Ale od wielu lat była zakorzeniona w mojej głowie, że muszę tam kiedyś postawić stopę. Tyle lata czytania o prezydencie Salvadora Allende, książki Isabel Allende, piosenki i muzyka Victora Jary i Inti Illimani, wino i słynne kanapki chilijskie Alejo z Krakowskiego Kleparza.

Ale zawsze coś mi wypadało, albo bilet został anulowany, nie pasowało mi czasowo lub nie zdążyłem na czas z kupnem. I tak do 2 stycznia 2019, kiedy jeszcze skacowany od sylwestra @zawiert dał super ofertę z CDG do SCL LATAM.

Wtedy chyba alkohol jeszcze działał, i bez wahania kupiłem na listopad. Tak żeby sprawić mi prezent na 30 urodziny. Zadowolony już, plany układam (od dawna gotowe były), bardziej takiej trasy gringo, czyli Uyuni w Boliwii, Santiago i skok do Argentyny na urodzinowego steka.

A jak plany, to i muzyka musi towarzyszyć, więć playlista America Latina na spotify powstała i przy akompanii Yerby Maty pomogła w kupowania biletów.


chile1.jpg



Dni szły, przygotowania wszystko na tip top, aż do czasów kiedy protesty w Chile w październiku rozkręciły się tak, że w niektórych miejscach powstały godziny policyjne, lotniska zamykały się lub sporo lotów były opóźnione-odwołane.

Myślenie, lecieć? Odpuścić? Polecieć za rok? (Joke…)

Nie, lecę! Co będzie to będzie. Kapuściński zawsze wybierał takie kraje, że coś się dzieje. To ja też. Oczywiście w pracy, w domu sugerowali że może lepiej nie. Posiedź. Odpuść. Ale jakoś mi przyszło do głowy.


chile2.jpg



I tak do października. Do roboty klasycznie z plecakiem, tortem urodzinowym i po oddaniu krwi, żeby popracować te parę h, i ucieknąć do Wrocławia, jako ze lot miałem z stamtąd do De Gaulla. A jak Wrocław, to ekipa wrocławską (dzięki @goldziak., @DMW, @szczotek99) na szybkie piwo(a) na pożegnanie, opowieści i planach na 2020 (Joke…).

Rano, lotnisko, salon i oczekiwanie na AirFrance do CDG.


chile3.jpg



Normalny dzień, beż mgły, przesiadka dość długa, idealna na plane spotting. Wszystko fajnie, samolot o czasie, wchodzimy, bierzemy nasze miejsca a tu coś, po francusku, że mamy wyjść na chwilę.

No ok, może bagażu szukają. Tylko to szukanie staje się 20-40-60 minutowe. Jeszcze ok, nie ma tragedii. Po 2h oznajmiają, że samolot ma jakąś awarię i próbują naprawić. Ja już stres powolutku, kalkuluję że przy 90 minut przesiadki dam radę w CDG na zmianę terminala.

KLM obok, niestety full, nie przyjmie nikogo do AMS i potem do CDG.

Mamy czekać. Kolejne minuty, stress kolejny, wychodzi że na przesiadkę będzie mniej niż 90 minut. Już z myślami że nie polecę, kierownik z roboty ogląda FR24, informująć mi ze nowy Embraer AF przekroczył granicę Polski i zaraż będzie próbująć dodzonić się do biura LATAMu w Paryżu. Niestety obydwoje polegliśmy bo jedyne wolne języki to francuski i portugalski z Brazylii.

Przyleciał, wchodzimy do samolotu i błagam o szybki start. Liczę że jak dobrze pójdzie, to na przesiadkę będę mieć 70 minut. Jeszcze realne.

Lot jeden chyba z najbardziej stresujących w moim życiu. Liczę na szczęście (nigdy nie byłem w CDG, więć nie wiem jak się kierować), na dobry pas do lądowania i żeby poszło gładko.

Nie bardzo. Kołujemy 10 minut, czas do przesiadki 65 minut. Gate de facto zamykają 30 minut przed lotem.

Dokujemy do terminalu 2G (dzięki Odynowi że nie ma busa) i szybki bieg do 1 terminalu.
Plan przestudiowany na gazetce AF, więć wiem wszystko. Bieg -> bus -> kolejka -> bieg.
W teorii. Dobiegam do terminalu 1. Zdyszany, rozwalonymi spodniami (przewróciłem się na schodach) z paszportem i biletem.

- Monsieur, détendez-vous. C'est bon!

Patrzę za niego. Kolejka dalej się trzyma do gate. Biorę głęboki oddech i uradowany daję paszport, bilet i przechodzę kontrolę dość szybko, zdjęcie dla znajomych że zdążyłem na last call i jestem w samolocie.


chile4.jpg



Dalej brak oddechu, stewardesa przerazona pyta:
- Senhor, você está bem? Talvez você queira algo para beber? (Wszystko ok? Może coś do picia?)
- Está bom. Mas uma doble caipirinha por favor (wszystko ok, poproszę podwójną caipirnha)

Piję drinka, myślę że jak nie moje półmaratony to bym nie dał radę i dzwonię do mamy.
- Mamo! Zdążyłem! Lecę do Brazylii!Lot był naprawdę spokojny. Nadrobiłem zaległości filmowe, dobre jedzonko parę szklanek chilijskiego wina i przespałem prawie cały lot. Bardzo wygodne nowe A350. Tylko w trakcie startu przeraziły mnie jak schowki na bagaż tańczyły na lewo i na prawo jakby tańczyli Zorbasa.


rio0.jpg



Przylot na główne lotnisko w São Paulo przed czasem. Szybka kontrola, zmiana terminalu i szybki salon. Prysznic po takim locie jest zbawieniem i za to kocham lounge które mają w ofercie darmowy prysznic.

Szybkie śniadanie, pierwsze piwko dnia i kolejny lot, znanym jako Ponte Aérea. Ponte Aérea to lot krajowy łączących lotniska São Paulo i Rio de Janeiro, gdzie dziennie leci ponad 120 lotów, niektóre z nich odstępem 10 minutowym.

I tak, w niecałe 40 minut, jesteśmy w najsłynniejszym miastem Brazylii. W Rio!


Rio1.jpg



Przesiadka była na tak długa, bo planowałem odwiedzić miasto jako tako. Ale po przeczytaniu licznych info, to albo bym pojechał na spokojnie zwiedził co nieco i wrócił, albo miałbym stressa że nie wyrobię się.

Po przeszukaniu neta, znalazłem że obok lotniska znajduje się dość, Troia z plażą które opinie miała dobrą no i liczne knajpki. Pakuję się do Ubera i jadę do Praia da Bica.

Uberowcy zdziwieni że Gringo zamiast do popularnego Rio, wybiera taką małą miejscowość. No ale pieniądz to pieniądz.

Droga nieprzyjemna, robi wrażenie jak “policyjne” to państwo jest, i jakieś myśli nawet miałem, czy nie warto było na lotnisku przeczekać. Ale jedziemy na plażę.

Dzielnica była ładna, zadbana.


Rio2.jpg



Obrigado, i szukamy trunku na odpoczynek przy plaży i przy okazji zwiedzić dzielnicę.

Domki zadbane, ludzie uprawiają jogging, grają siatkówkę z nogami.


Rio3.jpg




Rio4.jpg




Rio5.jpg




Rio6.jpg



I po znalezieniu trunka złotego, szukam miejsca na plażę, gdzie pozbieram trochę witaminy D i spoglądam na Rio (i skałę Cukrową) z drugiej strony.


Rio7.jpg




rio8.jpg



Jak zawsze, takich miejscach, biały ubrany nie na plażę, rodzi ciekawość i stajesz się atrakcją. Ludzie przychodzą, łamanym angielskim pytają, co tu robię i czemu nie jestem na kultowej Copacabanie. Łamanym portugalskim odpowiadam, że wolałem odpocząć gdzieś obok lotniska, bez tłumów.

I tak do pory obiadowej. Jak Brazylia, to obowiązkowo churrasco. Grillowana wołowinka. Dobra, bardzo dobra wołowina.


rio11.jpg



Tak jak zawsze, szukam miejsca gdzie będą sami lokalsy, i znajduję koło plaży.
Menu, po portugalsku, ale ciężko wybrać nie jest. Do tego zimne piwko, faijoada (fasolka) açaí na tigela (mus z mrożonych owoców euterpy warzywnej i guaraną). Wszystko podane, jak to w Brazylii, z małą porcją farofy (prażona mąka z manioku z orzechami, boczkiem i cebulki) które brzmi dziwne ale zarazem pasowało do mięsa bardzo dobrze.

Po obiedzie, wracamy na lotnisko, gdzie przed lotem zwiedzamy jeden z licznych salonów i przy świeżej caipirinhe, oglądamy start kolosów lotnictwa.


rio10.jpg



Wieczorkiem nasz A321 czekał cierpliwie na nasz lot do Santiago. Zmęczenie było odczuwalne, tak bardzo, że chwila po kolacje, zasypiam jak kamień i budzę się dopiero na lotnisku Comodoro Arturo Merino Benítez w Santiago de Chile.

Kontrola sprawna, celnicy tak samo. Pytam się czy batoniki z kofeiną mogą wejść do Chile.
-Por supuesto cavalero. Bienvenido a Chile.


SCL.jpg



I tak wolnym/szybkim krokiem docieram do Terminalu krajowego, gdzie czeka mnie nocka w Saloniku, gdzie rano uciekam na północ Chile.
Oczywiście, po 2 lampkach lokalnego i wyśmienitego Cabernet Sauvignon.

WITAMY W CHILE! <3Nocka w saloniku do najlepszych nie należała. Ale lepsze to, niż spanie na niewygodnych poręczach lotniska w Santiago.

Lot był poranny, tak żeby na spokojnie zdążyć na “jedyny” autobus (przed kryzysem było ich aż 3) do boliwijskiego miasta Uyuni.

Krajówki w Chile, mają do tego że są długie. Osoba która oblatuje trasę Kraków - Warszawa lub Gdańsk - Warszawa, zapomina że kraje są długie i lot może potrwać do 2h. 2h spokojnego spania. Ale przed spaniem, instrukcja bezpieczeństwa. Na początku kastylijsku. Chilijskim kastylijskim. Próbuję coś tam połapać, ale na marne. Więc wracam do spania.
Nie na długo, bo pasażer obok mnie jest ciekawski, co Gringo tu robi. Opowiadam plan zwiedzania, co robię itd (jestem w szoku że dobrze hablam po kastylijsku) no i że będę polować na taksówkę do dworca autobusowego, z skąd mam autobus do Boliwii.

- ¡Te llevaré a la estación!
- ¡No, gracias, esta bien! ¡No lo necesito!

I tak 50 minut później byłem w samochodzie kolesia, który postanowił pokazać mi inną drogę, pełna murali.


Calama1.jpg




calama2.jpg


Mural poety Pablo Neruda


calama3.jpg


Mural Victora Jary


calama4.jpg


Największa kopalnia rudy miedzi na świecie, w Chuquicamata

Wszędzie widzę flagi Chile, znak rewolucji która rozpoczęła się parę tygodni wcześniej. A obok, flagi Mapuche. Mapuche, to indiańska nazwa, prekolumbijskich plemion Araukanie, a oznacza Ludzie Ziemi. Do dziś zamieszkują tereny Chile i Argentyny, choć, niestety, są notorycznie prześladowani przez rząd Chilijski. Polecam książki, świętej pamięci, Luis Sepúlveda który opisuje życie oraz ich problemów.


calama5.jpg




calama6.jpg



Jose mnie zostawia przy dworcu kolejowym (pomylił dworce, ale mi to na rękę), dziękuję mu za przejażdżkę, chce mu podać tipa a on nie. Próbuję metodą perską, tarof, patrzy na mnie na idiotę więc daję mu laleczkę z podobizną Roberta Lewandowskiego a on zachwycony dziękuję mi i życzy udanego wyjazdu.


calama7.jpg



Dworzec kolejowy (niestety JEDYNIE na pociągi Cargo z/do Boliwii do portu w Antofagastie, dla Ferrocarril de Antofagasta a Bolivia) znajduję obok marketu Jumbo, z którego chcę spakować prowiant na drogę.

Po drodze zauważam budownictwo domów. Małe, w środku pustyni, podobnie do amerykańskich filmach. Powietrze też takie inne. Trochę wysokość oraz piasek który leci non stop.

No i graffiti przeciwko obecnego prezydenta, większość porównywalne do gnojka Pinocheta.


calama8.jpg




calama9.jpg




calama12.jpg



Jestem już na dworcu, odjazd mam za 90 minut, czasu sporo a dworzec nie należy do przyjemnych. Szukam knajpki, na mały lunch, maps.me polecam Pollo Rey niedaleko.
Wchodzę, pusto (pora nie taka obiadowa) ale dostawcy non stop coś biorą i wynoszą. Zapraszają do stolika, dostaję menu i już oko mi wpadło, na chilijską kanapkę Chemilico z chorizo i wołowiną. Zamawiam porcję normalną i średnie frytki. Wszystko fajnie, jest wifi informuje rodziców że doleciałem aż przychodzi to bydło. Kanapka większa (i cięższa) niż moja głowa. Pytam się go, czy to porcja normalna. A on zdziwiony że tak. Por niño.


calama_jedzenie_8.jpg



Po “Happy Mealu” kieruję się do dworca. Lekko zdziwiony jestem, że nie widzę nikogo z tobołami do Boliwii. Jedynie busy do Antofagasta lub Santiago. Przychodzi godzina odjazdu, a busa nie ma. Jedynie jakaś Boliwijka wchodzi i wychodzi z okienka firmy autobusowej. Jako ze informacji nie ma na dworcu, pytam się ją, gdzie mój autobus.

- Mañana!
- Porqué mañana?!
- Kierowca zasnął i nie wyjechał z Boliwii.

To już było zbyt za dużo dla mnie. 3 dni w drodze, wszystko się udaje, a tu zong, bo kierowca nie wstał. Busów innych nie ma, jedynie do La Paz, co mnie nie urządza.
Wifi, na dworcu nie ma, więc powrót do knajpki i szybko ustalić z wycieczkami co miałem dalej. WhatsUp szybko działa, i dałem radę wszystko przełożyć na kolejny dzień, znaleźć budzetowy nocleg w Calamie i powrót do dworca po nowy bilet.

I tak zostałem w mieście, ciut widmo ciut nie wiadomo co. Banki nieczynne (okryte plandeką), sklepy tak samo, monopolowe za kratkami (nie widziałem cos takiego odkąd byłem w Kolumbii) ale ani sekundę nie czułem się “zagrożony”.


calama11.jpg



Hotelik, taki trochę pracownicy, ale za to tanio, zadbany, niedaleko marketu i dworca. Po 3 dniach wojażach, to może i dobrze że odpocznę chwilowo. Przy lokalnych craftach i empanadas.


calama_jedzenie_6.jpg




calama_jedzenie_7.jpg



I tak do wieczora, kiedy padam do spania w parę minut, i tak do rana.

Check out, i szukanie śniadania. Obok mnie trafiam na dość kultową restaurację, La Familia.


calama10.jpg



A w środku, to w ogóle super przyjemnie, można powiedzieć jak w Gospodzie.


calama_jedzenie_2.jpg




calama_jedzenie_3.jpg



Zamawiam sok i kanapkę Completo Italiano. Completo Italiano to dość ciekawe połączenie. Świeże pomidory krojone, majonez (do wyboru aż 5 rodzajów!) i guacamole, gdzie kolory tworzą flagę Włoch.


calama_jedzenie_1.jpg




calama_jedzenie_4.jpg



I ponownie, na ten nieszczęsny dworzec autobusowy. 30 minut przed, na wszelki wypadek.
Ale tym razem, autobus przyjechał! Taki sam, jak parę lat temu mnie wiózł z Puno do Copacabany. Kierowcy niby ubrani na galowo, ale z tradycyjną czapkę chullo.

Wyjazd o czasie, i przed pierwsze 40-60 minut, nic ciekawego za oknem się nie dzieje. Typowa droga, jakieś domki i Andy. Więc wracam do książki i winka aż do czasu kiedy zaczyna się słynna pustynia Atacama!


calama13.jpg




calama14.jpg



I tak aż do końca Chile, czyli do przejścia granicznego Ollagüe.


calama15.jpg



Wysokość 3000 metrów nad poziomem morza, jeszcze tego mocno nie czuć, ale pozwala dokończyć wino chilijskie bo za chwilę, powrót do Wielonarodowego Państwa Boliwii!


calama_jedzenie_5.jpg

- Revolucion Pedro, revolucion
- Si, revolucion

Podaję paszport celnikowi w Boliwii, i coś mówili o rewolucji. Nie przejęłem się, bo to Boliwia i prawdopodobnie znowu gadają o jakimś strajku albo blokady na drodze które je lubią je tu bardzo.
Celnik oddaje paszport, bierze łyka herbaty z liśćmi koki i prosi o kartę migracyjną. To zwykła kartka gdzie wypełnia się dane twoje, gdzie będziesz w Boliwii, jak przyjechałeś i inne rzeczy. Wartość tej formy jest zerowa, nikomu nie jest potrzebna ani ważna. Dostaje jednak na wartości jak ją zgubić i będziesz chcieć wyrobić nową albo na granicy dać paszport beż kartki. To wtedy zaczynają się schody i olaboga cavalero. Szkolenie jaka ta kartka jest ważna, że bez niej to będą problemy etc. etc. i będzie solidny mandat. Solidny mandat to w rzędu 5-10 USD. Czyli nić, ale nie wiem czy warto zmarnować 2-3h za słuchanie gorzkich żalów.

Ale mniejsza z tym. Jesteśmy już w Boliwii. Pytam się konduktora ile tu będziemy. Do czasu kiedy kierowca skończy obiad. Patrzę że dopiero zupę je, więć dobre 15-20 minut mamy.

Wchodzę do “baru” i pytam czy mają mate de coca (herbata z liśćmi koki). Nie señor, nie mamy tu liście koki, bo tam Chile, i są zakażane. No ale celnicy pili… No tak, Bienvenidos a Bolivia.
Ok to może singani (lokalny bimber)? No, no señor. To może piwo? Si señor, chilijskie, amerykańskie czy boliwijskie? No oczywiście że boliwijskie.

Biorę piwko i idę na pobliski cmentarz pociągów które tam stoją do dziś.


Bolivia1.jpg




bolivia2.jpg




bolivia3.jpg




bolivia4.jpg




boliwia_jedzenie0.jpg



Wracamy do busa, i jedziemy w strony Uyuni. Droga już nie najlepsza. Widać że obiecana autostrada Evo Moralesa nie dotarła tu. Więc jedziemy przez jakieś drogi polne, wśród pustyni Atacama zaglądając do GPS ile to jeszcze potrwa i na guanaco (rodzaj lamy które tu żyją) za oknem.


bolivia5.jpg



I tak po 2 lub 3h dojeżdżamy do Uyuni.


bolivia6.jpg



Pierwszy rzut oka, całe miasto żyje głównie z turystyką tutaj a inna część z wydobyciem soli. Wygląda lepiej niż Calama, ale bardziej biednej niż Calama.
Ale są moje ulubione cholitas! Cholitas to rodowite boliwianki które od paru lat, wrócili do dawnych strojów boliwijskich z charakterystycznych kapeluszami bowler.
Idę do mojej noclegowni, która jest w obecnym dworcu kolejowym. Onkel Inn Wagon Sleepbox Uyuni to ciekawy projekt, kolesia z La Paz który postanowił wykorzystać wolne przestrzenie dworca na hotel w wzoru kuszetek jak za dawnych czasów. Jest dość tanio i ważne blisko do centrum i biur które specjalizują się z wycieczkami po pustyni solnej w Uyuni.

Podaję paszport (polski) w recepcji, i pracownik mnie pyta czy nie jestem Grekiem. Odpowiadam że tak, a on zachwycony że może porozmawiać z osobą, którzyjego przodkowie wynaleźli demokrację. Nie chcę mu psuć zabawę, mówiąc mu że ja jestem takim Grekiem może jestem w 10-20 %, ale nie zdążyłem bo pokazuje mi na jego laptopie co się dzieje w La Paz i Santa Cruz. Okazało się, że zwykłe protesty z połowy października, przerosły do rewolucji. Departament Santa Cruz zażądał dymisji Evo Moralesa za sfałszowanie wyborów, a w La Paz, Evo Morales był w pałacu prezydenckim otoczony górnikami z Oruro trzymając w rękach dynamit, żeby chronić Prezydenta.

Gadaliśmy dobre 2h (jeszcze do pokoju nie dotarłem) bo rozmowa była bardzo ciekawa. Jako że pracownik recepcji (i właściciel) był anti-Moralesowy miałem ogromna okazje się dowiedzieć naprawdę sporo.

- To co, idziemy na wspólną kolację? Odpowiem Ci na twoje pytania o Boliwii.
- Oczywiście że tak, zostawiam plecak i idziemy.

Poszliśmy do pobliskiej restauracji która słynie z grillowanych mięs i chicharrón (smażone w oleju słonina) która staje idealną przystawkę do singani.


bolivia7.jpg



I tak do późna, gadając o historii Boliwii i dziwnej polityce, kiedy musiałem wrócić do pokoju bo kolejny dzień zapowiadał się ciężko.

Pobudka przed czasem, bo poranny pociąg pociąg do Oruro musiał klaksonem (chyba przerobiony na gaz) obudzić całe Uyuni że za chwilę jedzie.

Do śniadania, mate de coca, żeby się przyzwyczaić do zmiany ciśnienia i do biura Quechua Connection 4WD SRL (dzięki za polecenie @horacy19 @aeonflux ) zapłacić za 3 dniową wycieczkę.


boliwia_jedzenie01.jpg




bolivia8.jpg



Mając jeszcze czas, skoczyłem do pobliskiego bazaru na podstawowe zakupy na wyjazd.
Woda, jakieś przekąski, piwa, poncho, chullo (wszystko z alpaki), breloki z alpakami no i 2 pełne worki liści koki.



Dodaj Komentarz

Komentarze (21)

nvjc 12 października 2020 01:28 Odpowiedz
Czyta się świetnie, a że nigdy tego nie pisałem pod żadną relacją, to masz dowód, że naprawdę wzbudza zainteresowanie ;) Dla mnie tym większe, że po pierwsze Chile to też był dla mnie taki kraj nr 1, w którym wiedziałem, że kiedyś będę, ale nie wiem skąd to się wzięło, a po drugie też byłem w lutym, więc chętnie porównam odczucia. Czekam na więcej z niecierpliwością.
legion1 12 października 2020 20:26 Odpowiedz
Chile..moje marzenie. Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy ;)
buyaka 15 października 2020 02:45 Odpowiedz
O prosze, szkoda, ze nie wiedzialam, zaprosilabym na mate w boskim buenos ;) Jestem ciekawa, jakie wrazenia na Tobie pozostawilo Santiago i okolice! Bo poki co, mimo sasiedztwa, nie mialam okazji nic wiecej zwiedzic, czekam zatem na kolejne posty!
zeus 17 października 2020 15:49 Odpowiedz
Buyaka napisał:O prosze, szkoda, ze nie wiedzialam, zaprosilabym na mate w boskim buenos ;) Jestem ciekawa, jakie wrazenia na Tobie pozostawilo Santiago i okolice! Bo poki co, mimo sasiedztwa, nie mialam okazji nic wiecej zwiedzic, czekam zatem na kolejne posty!Jak dobrze pójdzie to w kwietniu, można na mate :)
agnieszka-s11 17 października 2020 21:48 Odpowiedz
Ech, jak milo powspominac, w 2015 z San Pedro przez Laguny, Salary i dalsze Altiplano rowerem sie przedzieralam. Lekko nie bylo bo drogi to piach i kamienie ale jak pieknie...
igore 20 października 2020 15:25 Odpowiedz
Dobrze powspominać znajome miejsca. Czekam na dalszy ciąg.[emoji846]
agnieszka-s11 22 października 2020 05:08 Odpowiedz
Dawaj dawaj, kolejny rozdzial to pewnie Malbec w Mendoza :-)
legion1 30 października 2020 09:01 Odpowiedz
Pięknie, pięknie..jak ja tam chcę w końcu dotrzeć :)
naimad 31 października 2020 22:54 Odpowiedz
"Dobre rano" :D :D :D Taaak Mendoza ma swój klimat :) w sumie jak cała Argentyna ;) Szkoda, że nie udało Ci się wpaść chociaż na chwilę do Maipu do jakiejkolwiek Bodegas :)
stasiek-t 31 października 2020 23:07 Odpowiedz
@naimad "DOBRE RANO" jest po czesku, "DZIEN DOBRY" też jest :)
naimad 31 października 2020 23:19 Odpowiedz
Aha, hehe, myślałem, że prócz "dzień dobry" przetłumaczyli też "dobre rano" ;)
billabong 29 listopada 2020 16:12 Odpowiedz
Zeus napisał:Dopytuję się, co to za kawałek, bo przypomina dawnego Depeche Mode. To piosenka El Baile de Los Que Sobran, zespołu Los Prisioneros. Słynny kawałek z czasów rządów Pinocheta, o ludziach dwóch systemów. Tych bogatych którzy pójdą na studiach, i tych biednych co będą kamienie zbijać.Super relacja, @Zeus - trochę OT, ale jeżeli lubisz rock albo muzykę alternatywną a jednocześnie ciągnie Cię do Am Płd to posłuchaj trochę argentyńskich zespołów: Soda Stereo (Persiana Americana, En La Ciudad de la Furia, Tratame Suavemente czy nawet bardziej komercyjne De Música Ligera), Los Auténticos Decadentes (La Guitarra) czy wspomniani przez Ciebie Los Prisioneros z Chile (Muevan las Industrias czy Por qué no se van?) Świetna muzyka - koniec OT 8-)
buyaka 1 grudnia 2020 00:54 Odpowiedz
Zgadzam sie, relacja pierwsza klasa! A i ilez zdjec! ♥️A co do mate (badz terere), to jak najbardziej! Choc nie ukrywam, ze w kwietniu to, byc moze, zaprosze nie do Buenos, a do Montevideo ??
zeus 14 stycznia 2021 16:24 Odpowiedz
Dziękuję wszystkim co zagłosowali na moją relację! Fajnie widać ze ktoś czyta w obecnym czasie! :)
agagy 14 stycznia 2021 16:24 Odpowiedz
Zeus napisał:Dziękuję wszystkim co zagłosowali na moją relację! Fajnie widać ze ktoś czyta w obecnym czasie! :)Właśnie te obecne czasy sprzyjają czytaniu o cudzych podróżach, zwłaszcza jeśli brak środków/odwagi na własne podróże.Gratulacje!
lovenz 14 stycznia 2021 19:10 Odpowiedz
Świetna relacja, niezla przygoda A tak po za konkursem jestes fanem brytyjskiego bandu z Basildonu "never let me down again"
zeus 14 stycznia 2021 19:17 Odpowiedz
Kiedyś bardzo lubiłem Depeche Mode, teraz dorywczo, raz na jakiś czas puszczę kawałek.
lovenz 14 stycznia 2021 19:24 Odpowiedz
Ciekaw jestem czy w dawnych czasach jeździłeś na zloty fanów czyli cala noc muzyka piwo znajomi z całej Polski itd. Ja do dziś słucham dużo. Nie caly czas ale dużo i wspominam stare czasy gdzie człowiek nie marzył o podróżach. A relacja super i zapewne bedzie niezla wytyczna dla podarzajacych twoim tropem w przyszłości
zeus 14 stycznia 2021 19:37 Odpowiedz
W Polsce nie (koleżanka z pracy, owszem na prawie wszystkie spotkania i koncerty) ale w Grecji owszem :)
lovenz 14 stycznia 2021 19:54 Odpowiedz
Ha ha zapomnialem ze ty "Greg" Zaraz zaraz a moze ty jestes Bo on tez Greg ?
januszjanuszewski 21 stycznia 2021 05:08 Odpowiedz
Bardzo ciekawy przewodnik po trunkach Ameryki Południowej.