0
marcin.krakow 7 października 2025 15:41
Dziś wieczorem rozpoczynam projekt „100 dni – 7 kontynentów”, który zrodził się… przypadkiem. Po prostu poklepałem sobie loty tu i tam i tak sobie patrzę na mapkę F4F i świta mi myśl, że w krótkim okresie czasu postawię stopę na wszystkich kontynentach. Między 9 października kiedy wyląduję w Azji a 17 stycznia kiedy postawię stopę na Antarktydzie mija równe 100 dni. Niestety nie jest to jedna długa podróż, a kilka mniejszych, więc relacja prowadzona będzie etapami.
Dzisiaj zaczynam pierwszy z nich, czyli RTW przez Azję, Australię i Oceanię oraz Amerykę Północną i Karaiby. Lecę na wschód dzięki czemu zyskam jeden dzień przekraczając linię zmiany daty. Rozkład lotów nie pozwoli wylądować „wczoraj” więc dalej będzie to sto dni, tylko jeden z nich będzie bardzo długi.
Pomysł na tą podróż zrodził się rok temu w październiku, kiedy to podczas poprzedniego RTW nie zostałem wypuszczony z Korei Południowej na lot do Australii. Obsługa naziemna stwierdziła, że wiza tranzytowa (72h) to za mało na czterogodzinną przesiadkę w Sydney i powinienem mieć miesięczną turystyczną. A po co mi miesięczna? – pytam.
Nie wiemy czy opuści Pan Australię, czy może zostanie tam nielegalnym imigrantem.
No to chyba logiczne, że gdybym chciał nim być to wyrobiłbym miesięczną, a nie trzydniową, żeby już czwartego dnia kręcić się tam na przypale – argumentowałem. Nie i koniec. Miesięczna albo nie lecę.

Zaaplikowałem od razu o taką, ale dostałem ją po 4 dniach. Nie zdziwiłem się wcale, kiedy aplikując miesiąc temu o kolejną dostałem ją w 10 sekund…
Musiałem więc, jak najszybciej omijając Australię dogonić mój plan podróży. Usiadłem w hotelu i po paru godzinach miałem gotowy plan awaryjny. Seul-Tokio-San Francisco-Hawaje-Fiji. Byłem na Nadi dzień wcześniej niż zakładał mój pierwotny plan, jednak opuściłem Wyspy Salomona i Vanuatu.
Postanowiłem tam wrócić za rok i tak narodził się pomysł rozpoczynającej się właśnie przygody. Miesiąc później wynalazłem caribbean-hopper-kin-jfk-1000-1500-pln,232,179586 i kółeczko zaczęło nabierać kształtów by ostatecznie zaprezentować się tak:

Great Circle Mapper.jpg


Trasa składa się z 24 segmentów, którymi pokonam 55 tysięcy kilometrów. Zasiądę na pokładzie 10 różnych linii lotniczych [LO, QR, PR, PX, IE, FJ, UA, BW, S6 oraz LH] a ponad 20% trasy zrobię w C.
Zapraszam do pokonania jej ze mną! ?Podróż rozpoczęła się juz wczoraj, kiedy wieczornym lotem dotarłem z Krakowa do Warszawy. Wpływ na to miało kilka czynników; chciałem się wyspać przed podróżą, na najblizsze kilka lotów mam bagaż rejestrowany, więc chciałem sobie go spokojnie nadać, zamiast biegać z nim od taśmy do check-inu oraz nie chciałem ryzykować opóźnienia na dolocie.


20251007_182018_copy_900x1200.jpg



Po przyjezdzie na lotnisko Chopina udałem się do stanowisk odprawy nadać bagaż, dostałem karty pokładowe i skierowałem sie od razu na fast track do kontroli bezpieczeństwa, by następnie przejść kontrolę paszportową i udać się na dwa kwadranse do saloniku.


20251008_081347_copy_900x1200.jpg



Dzisiejsza podróż to mój trzeci w życiu lot w C. Pierwszym był HER-WAW, kiedy to po chińskim kaszlu Lot uruchomił Loty na Wakacje, a zapotrzebowanie było tak duże, że nawet do Grecji latali na szerokim kadłubie. Kolejną okazja nadarzyła się w grudniu zeszłego roku w drodze z Krakowa, przez Stambuł do Caracas z międzylądowaniem w Havanie. Specjalnie wtedy wybrałem dłuższą trasę (czyli przez Kubę, bo są też bezpośrednie loty IST-CCS) aby nacieszyć się dlużej lotem w C. No i teraz Katarczykem lecę przez Dohę do Manili.

Nie będę tu udawał konesera ani weterana tego typu lotów, nie będzie też porównań z produktami innych przewoźników, bo po prostu jestem na to za krótki. Na pierwszym odcinku wybrałem miejsce 11K, na którym czekał już na mnie odświeżający ręczniczek oraz mała kosmetyczka kryjąca w sobie opaskę na oczy, skarpetki i zatyczki do uszu. Okazało się, że na fotelu przedemną leciała Pani z TVN, ale nie miała na imię Dorota, bo ta "moja" była kiedyś finalistką konkursu Miss Polonia, czyli dotarła do TOP 20. Jako, że telewizji nie oglądam wcale, to dowiedziałem się o tym dopiero przy wysiadaniu, bo część wspólnego czasu upłynęła nam na rozmowach o podróżowaniu.
Po zajęciu miejsc obsługa powitała nas welcome drinkem, u mnie wybór padł na sok pomarańczony, a następnie zebrała zamównienia na posiłki z menu.

20251008_085505_copy_900x1200.jpg



20251008_093904_copy_900x1200.jpg



20251008_094104_copy_1200x900.jpg



20251008_094124_copy_900x1200.jpg



20251008_092604_copy_900x1200.jpg



20251008_092620_copy_900x1200.jpg



20251008_092624_copy_900x1200.jpg



20251008_092638_copy_900x1200.jpg




Wybór padł na "Qatari mezze with pita bread" jako przystawkę, dane głowne to "Qatari chicken", ale najpierw wjechała przystawka pod postacią pieczonego plasterka mięsa owiniętego wokół warzyw.


20251008_103005_copy_900x1200.jpg



20251008_101346_copy_900x1200.jpg



20251008_104955_copy_1200x900.jpg



Po posileniu się rozłożyłem fotel na płasko i uciąłem sobie drzemkę, gwiazda TV również, więc przy wysiadaniu wymienilismy się kontaktami bo mamy niedokończone rozmowy.

W Dosze na przesiadkę miałem tylko 2 godziny z hakiem, więc od razu skierowałem swoje kroki ku Al Mourjan Business Lounge, który jest tak wielki, że powierzchniowo bije na głowę niektóre międzynarodowe lotniska.


20251008_162140_copy_900x1200.jpg



20251008_162519_copy_900x1200.jpg



20251008_162615_copy_900x1200.jpg



20251008_170837_copy_900x1200.jpg



Znajdziemy tutaj kilka stref z przekąskami, centurm biznesowe, fontannę oraz restaurację z menu a la carte, więc ja swoję przerwę między lotami spożytkowałem na degustację Angus Beef.

20251008_172837-1_copy_1200x900.jpg



20251008_164614_copy_900x1200.jpg



Samo lotnisko jest tak duże i zawiera tyle atrakcji (m.in park z kładką zawieszoną miedzy koronami drzew), że i całodniowa przesiadka nie byłaby tu nikomu straszna.


20251008_161036_copy_900x1200.jpg



Przyszedł czas udać się na kolejny lot i tutaj już było "grubiej" ponieważ przyszło mi lecieć w QSuite.


20251008_180630_copy_900x1200.jpg



20251008_185842_copy_1200x900.jpg




Po zajęciu miejsc, obsługa zebrała zamówienia (i rozmiary piżamy), tym razem wybrałem zupę kalafiorową, ravioli z pieczarkami oraz deser lodowy.


20251008_181929_copy_900x1200.jpg



20251008_182043_copy_900x1200.jpg



20251008_182426_copy_900x1200.jpg



20251008_182433_copy_900x1200.jpg




20251008_195724_copy_1200x900.jpg



20251008_200559_copy_1200x900.jpg



20251008_202101-2_copy_900x1200.jpg


Zaraz po tym pysznym posiłku poszedłem się przebrać do spania, a kiedy wróciłem czekało na mnie pościelone łóżko.

Zostałem poproszony o obudzenie mnie na śniadanie i tak też się stało. Podany został wybrany przeze mnie wcześniej omlet oraz sok marchwiowy.


20251009_013659_copy_1200x900.jpg



20251009_011728_copy_1200x900.jpg



Teraz do wylądowania w stolicy Filipin mamy jeszcze godzinę.

Słowem podsumowania dzisiejszego dnia, pewnie nie odkryję Ameryki, jeśli powiem, że loty w C to jest kosmos i jakiś inny wymiar podróżowania. Niestety, kolejne będę musiał odbyć już z plebsem... ;)Kontrola paszportowa poszła nadwyraz sprawnie, kilka minut i po sprawie. Nikt też nie sprawdzał kodów QR, które generują się po wypełnieniu formularza w(y)jazdowego. Po odebraniu bagażu skierowałem się do Graba, którym przemieściłem się do pobliskiego hostelu, wynajętego tylko po to, by zostawić tam bagaże, przepakować się do małego plecaka, wziąć prysznic i wrócić na lotnisko, skąd zaraz miałem odlot do Dumaguete. W terminalu 2 nie ma saloników, nie licząc jednego ale tylko dla statutowców i pasażerów C linii Philipine Airlines. Sam lot bez historii, może oprócz tego, że siedzenia w PH były numerowane od początku, 21, 22, 33, 34 itd i okazało się, że siedzę w rzędzie 4 a nie 34. Czy był serwis pokładowy? Nie wiem, zmógł mnie sen i przekimałem cały lot. Po wyjściu z lotniska złapałem tricykla i pojechałem do portu by stamtąd udać się na wyspę Cebu. Po przyjechaniu kolejną trajką do Fantasy Lodge zaznałem orzeźwienia podczas basenowej kąpieli po czym zaczęło kropić a potem padać i tak pogoda pokrzyżowała moje plany przedostania się pod któryś z pobliskich wodospadów. Postanowiłem więc odespać poprzednią noc (w QR spałem ledwo trzy godziny) i pochillować.

Kolejny dzień to powrót tą samą trasą, czyli trajka, prom, trajka (w porcie wszyscy kierowcy wyskakiwali z ceną 2,5 raza wyższą, niż zaplaciłem wczoraj na tej samej trasie w przeciwnym kierunku, a kiedy jeden kierowca się zgodził, reszta go trzymała żeby nie jechał. Na koniec dostał tipa w wysokości równowartości przejazdu, niech wróci i powie kolegom, że chytry dwa razy traci), samolot, Grab do hostelu po rzeczy i na lotnisko. Rano także dostałem maila, że mój wylot z Manili jest przesunięty na dwie godziny później, co troszkę wprowadziło mnie w stan niezadowolenia. W drodze z Filipin na Wyspy Salomona miałem mieć pięciogodzinną przesiadkę w Port Moresby (Papua Nowa Gwinea) i chciałem wyskoczyć na miasto. Teraz przesiadka skróciła się do trzech godzin więc na za dużo ona nie pozwoli. Już pominę, że koszt wizy to 50$.

Na dzisiejszym locie powrotnym mniejsze obłożenie, miałem miejsce wolne obok, serwis pokładowy rozpoczął się już 7 minut po starcie. Każdy dostał ciasteczka a do wyboru była woda lub kawa.

Dowiedziałem się też z mediów, ze na Davao, 360km od miejsca, w którym spałem było trzęsienie ziemi o sile 7.6 ale nic nie czułem. Kiedyś w Gwatematli odczułem trzęsienie mające epicentrum w sąsiednim Salwadorze o magnitudzie 5.4 ale odległość była prawie dwa razy mniejsza. Uczucie wtedy porównałbym do siedzenia na wielkim stole, który jedna nogę ma za krótką i się z tego powodu "gibnął".

Jeśli więc dotarło do Was info o wstrząsach na Filipinach, uspakajam, mam się dobrze a podróż i relacja będzie kontynuowana :)

Check-in zajął mi dobre 15 minut, trzy panie z obsługi się zebrały i debatowały nad moim biletem wylotowym z Wysp Salomona, ale finalnie dostałem karty pokładowe i mogłem po przejściu kontroli udać się do saloniku gdzie piszę te słowa zajadając się spagetti halal (mają na to dwa certyfikaty ;) )Nocny lot do Port Moresby trwał równe pięć godzin, a po godzinie od startu padło "pork or beef". Wybrałem to drugie, coś tam zjadłem, ale ogólnie to było średnie. Wróciłem więc do spania, widziałem jednym okiem, że przed lądowaniem rozdawali kanapki w ramach śniadania.

Do kontroli paszportowej wepchałem się bez kolejki, bo na tą krótką przesiadkę miałem konkretny plan. Przed terminalem okazało się jednak, że nikt z mojego hostelu po mnie nie przyjechał, mimo że wczoraj pisałem im dwa razy maile z przypomnieniem i informacją o zmianie rozkładu. Podbiłem więc do gościa z tabliczką Hiltona, żeby dzwonił po brata czy innego kuzyna, żeby za kasę obwieźli mnie po mieście. Pierwotny plan zakładał to samo, ale z kierowcą z hostelu, lub z kimś od niego. Wcześniej sprawdziłem jakie są średnie zarobki tutaj i chciałem zaoferować odpowiednio więcej. Pan z Hiltona nikogo nie zorganizował, a taryfiarze za 20 km kółeczko chcieli po 70$.
Niemal godzinę poświęciłem na znalezienie jakiegoś rozwiązania, ale finalnie klauzula sumienia nie pozoliła mi tak przepłacać, więc pokręciłem się trochę wokół lotniska i wróciłem do terminala oczekiwać na swój kolejny lot.Lotnisko POM to dosłownie 4 gate'y na krzyż ale pod nimi oprócz zwykłych krzesełek stoi kilka sof oraz wygodnych foteli, więc jest się gdzie rozsiąść, jeśli przyjdzie się wystarczająco wcześnie.

Sam lot przespałem, przed lądowaniem obudzili mnie (choć o to nie prosiłem) by podać mi box śniadaniowy, zrobiłem mu więc zdjecie, kopnąłem pod fotel i poszedłem spać. Pudełko zawierało kanapkę z szynką, czekoladkę oraz sok jabłkowy w opakowaniu jakie znamy kiedy kupujemy pasztet.

Po tym krotkim, bo dwugodzinnym locie, przyszedł czas na wiśienkę na torcie tej podróży, mianowicie Wyspy Salomona to mój kraj numero 100 :)

Miałem tu zawitać na dłużej, ale narodowe linie Solomon Airlines spłatały mi figla kasując lot (a tak naprawde to przesuwając go na 2 dni wcześniej) i finalnie zamiast bezpośredniego lotu na Vanuatu, mającego trwać rozkładowo dwie godziny skończy się na 26 godzinach podróży z dwiema przesiadkami w Australii i Nowej Zelandii.

Po odebraniu bagażu nadawanego (nie wiem czy on dotrze w całości do miejsca przeznaczenia, bo już po lotach QR gdzie miał naklejki m.in. business class luggage, fragile itp wyglądał jak siedem nieszczęść) wsiadłem do pick-upa, który zawiózł mnie do Parangiju Lodges, które położone są wgłąb wyspy na wzgórzu, skąd rozpościera się piękny widok. Moim celem miały być Tenaru Falls, więc po szybkim prysznicu ruszyłem w drogę. Trasa wg drogowskazu liczy niespełna 3 kilometry, na Stravie wyszło kilkaset metrów więcej w każdą stronę. Szlak jest prosty, nie licząc kilku stromych miejc, ale każdy kto umie chodzić to da sobie radę. Całą trasę wypatrywałem Dzioborożców (Hornbills) ale niestety nie widziałem żadnego. Same wodospady robią kapitalne wrażenie, są wysokie na 63 metry a woda spada z góry kilkoma ujściami. Popływałem sobie trochę w jeziorku, posiedziałem na kamieniach wpatrując się w spadajacą wodę, która ma w sobie coś hipnozującego i nadszedł czas powrotu. Po pysznym obiedzie przygotowanym przez córkę właścicieli poszedłem od razu spać, gdyż poprzednia noc spędzona na raty w samolotach dawała o sobie znać. Rano wpisałem się go księgi gości, przejrzałem ją też wstecz i wypatrzyłem wpis z 2023 kiedy to gościła tam p. Anna, więc nasi tam już byli ;)

Na lotnisku odprawa poszła sprawnie, nie licząc małego zamieszania bo w tym samym czasie odlatywały dwa loty, a stanowiska odpraw podpisane były.. kartkami leżącymi na blacie.

W terminalu są dwa sklepy z upominkami, sklep bezcłowy oraz bufet gdzie można kupić kanapki i napoje. Po zakupie pamiątek i sprawnym boardingu rozpoczęła się moja ponad dobowa przeprawa na Vanuatu. Podczas pierwszego lotu do Brisbane można było wybrać kurczaka z purre ziemniaczanym lub wołowinę z ryżem, postawiłem na to pierwsze i chwalę sobie ten wybór. Solomon Airlines mocno postawiło na personalizację i do zestawu dołączali nawet "swoje" sztućce i przyprawy. Na przesiadkę w Australii miałem rozkładowo 75 minut ale byliśmy trochę spóżnieni, więc pognałem niekończącymi się korytarzami startując z samolotu z poll position, aż nie natrafiłem na tranzytach na... zamknięte drzwi. Ktoś już gdzieś dzwonił z emergency phone wiszącego na ścianie, aż w końcu przyszedł ktoś nas wpuścić uruchamiając dopiero skanery do pracy. Mimo tej chwili stresu przesiadka poszła sprawnie po czym wsiedliśmy do tej samej maszyny, którą przyleciałem. Tym razem dla odmiany wybrałem beef, posiłek równie smaczny, jak ten na poprzednim locie. Teraz jeszcze tylko nocka w NZ i kolejny lot już na Vanuatu.

PS. Nie myślcie, że od początku chodzę w tej samej koszulce. Chodzę w takich samych, ale nie w tej samej. Po prostu kupuję najtańsze na wyjazd, wieczorem taka ląduje we wannie jako mata, żeby grzyba nie złapać, a w plecaku z każdym dniem przybywa miejsca na pamiątki, zamiast nosić ze sobą siatę rzeczy do prania. Czy to ekologiczne? Może i nie, ale gdybym chciał być eko to bym rowerem jeździł a nie samolotem latał.Po przylocie do NZ bardzo sprawnie przeszedłem wszystkie procedury i udałem się od razu do zamówionego transportu, przede mną była prawie godzina jazdy ale kierowca dał radę i u celu byłem prawie na czas. U celu, czyli na miejscu zbiórki na wycieczkę kajakową po akwenie znanego z występowania efektu bioluminescencji. Fotki w necie oczywiście podrasowane i na żywo nie wyglądało to tak spektakularnie, niemniej jednak na żywo i tak robiło wrażenie. Po niemal 2 kilometrach pływania, co zajęło sporo czasu, bo aby efekt bioluminescencji był widoczny trzeba było wkładać ręce do wody (chodzi o dostarczenie powietrza, aby nastąpił efekt świecenia) zawinąłem się na apartament a z samego rana wróciłem na lotnisko.
Nadałem już po raz ostatni bagaż i udałem się do saloniku, gdzie okazało się, że ten jest prawie full i trzymają miejsca dla pasażerów klasy biznes. Ja na to odpowiedziałem, że jestem pasażerem biznesowym zamkniętym w ciele pasażera economy i ... wpuścili mnie do środka.
Ostatni już lot Solomon Airlines to tym razem bardzo dobry kurczak z makaronem orzo. Na wszystych 3 lotach małe obłożenie, za każdym razem miałem cały rząd dla siebie. Niestety tym razem mieliśmy opóźnienie około godziny, co ukradło mi czas z popołudnia po przylocie.
Z lotniska pojechałem od razu do wypożyczalni, odebrałem zarezerwowanego wcześniej quada i wyruszyłem do mojej pierwszej bazy noclegowej 20 km od Port Vila. Mój plan zakłada objechanie w ciagu 4 dni całej wyspy dookoła w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara.

Po dotarciu na miejsce, zameldowaniu się i zrzuceniu bagaży, czasu przed zachodem słońca wystarczyło tylko na wyskoczenie do marketu po zakupy.

Kolejny dzień miał być intensywny i obfity w atrakcje ale los troszkę pokrzyżował mi plany. Koniec końcoŵ los okazał się łaskawy, ale co stracilem czasu i nerwów to moje. Otóż zjechałem quadem w dół rzeki i zaparkowałem niemal przy samym jej końcu gdzie wpadała do oceanu. Następnie złapałem stopa aby podwiózł mnie spowrotem z kajakiem do punktu, który wyznaczyłem za start mojego spływu. Kajak, przygotowany, można wsiadać, pozostało tylko załączenie Stra... fvck nie mam telefonu! Wróciłem drogę, którą przeszedłem z samochodu nad rzekę, nigdzie go nie ma. Pytam stojących nieopodal chłopaków; znacie Alfreda? Tego z niebieskiego trucka? Kojarzymy ale nie mamy numeru telefonu, jak będzie wracał to go zatrzymamy i damy mu znać.
No nic, wyruszyłem w ponad 4 kilometrowy spływ, rzeka spokojna, niewielki nurt a im bliżej oceanu tym coraz szersza, bujnie po obu stronach zarośnieta roślinnością. Super się płynęło, aż zobaczyłem ujście do oceanu i trzeba było dobijać do brzegu i odszukać quada. Wyciągam kajak na brzeg, podchodzi jakiś starszy facet i pyta czy jestem od quada, bo jak coś to jest 70 metrów stąd, czyli trafiłem niemal idealnie. A Alfreda znasz? Okazało się, że tak, wydzwonił go i umówilismy się na odbiór telefonu jak będzie wracał z miasta do siebie.

Z niemałym opóźnieniem wyruszam w dalszą trasę a przedmną niemal 80 kilometrów. Po drodze wpadam do Blue Lagoon, gdzie można popływać, poskakać z liny do wody, a także z drzew oraz z pomostów różnej wysokości. Jest mnóstwo ławek, leżaków i zadaszonych stołów piknikowych. Fajne miejsce, gdzie aż chciałoby się dłużej pochillować.

Niestety muszę ruszać dalej i nie mogę pobyć tutaj tyle ilebym chciał. Zbieram się więc w dalszą drogę, a apropo dróg 95% z nich jest nowych, równych i super się po nich jedzie, a poza okolicą Port Vila ruch jest niemal zerowy. Monopol na ich budowę ma jeden gość, którego hobby to rajdy samochodowe a jego elektomechanikiem jest jeden młody chłopak z polski, którego spotkałem pod gate w AKL. Po drodze zatrzymuję się jeszcze na punkcie widokowym Top Rock, ale prawdę mówiąc atrakcja średnia, szczególnie, że wstęp płatny.

Wkońcu docieram do miejsca, gdzie powinien być port a tu tylko kilka motorówek zacumowanych przy brzegu. Zagaduję do miejscowych, dowiaduję się u kogo mogę zostawić quada i kto mnie przewiezie na wyspę, gdzie mam kolejne dwa noclegi. Potem z dwóch niezależnych źródeł dowiaduję się, że płynąłem z synem najważniejszej osoby w lokalnej (tzn. ten wysepki na którą płynę) społeczności. On też wskazał mi wcześniej u kogo mogę zaparkować, więc o quada jestem spokojny. Swoją drogą skasował mnie jak za zboże, ale też transport powrotny organizowany przez właściciela bungalowów niewiele tańszy. Było już po zachodzie słońca, więc udałem się do swojego bungalowa i poszedłem spać.Miejsce, w którym spałem nazywa się Tranquility Eco Resort i znajduje się na wyspie Moso. Prąd jest tutaj dwa razy dziennie po dwie godziny, w restauracji gotują z tego co jest więc nie można sobie wybrać na co ma się ochotę, a picie w lodówce się skonczyło, nie było nowej dostawy i myślałem że tam uschnę. Reklamują się posiadaniem 11 spotów nurkowo/snurkowych, a okazało się, że wszędzie pustki. Nie zobaczyłem dosłownie ani jednej rybki. Ceny noclegów jak za zboże a wyrwać się stamtąd też trudno bo łódka kursuje 2x dziennie po śniadaniu i po obiedzie. Fotki z bookingu nie odpowiadają rzeczywistości a do tego namolni właściciele, którzy non stop zagadują, nawet jak czytałem książkę to siadali na przecieko i gapili się na mnie aż się nie oderwałem od lektury i nie spytałem czego chcą. Bełkotali coś tam bo typ u góry miał tylko zęby parzyste a dole nieparzyste więc można powiedzieć, że mu się zęby zazębialy. Potrafił powiedzieć, że wody ani coli dziś nie będzie a potem co 10 minut przylaził "all good? All good?" No nic, pochillowałem więc, skończyłem czytać książkę a wieczorem posiedziałem przy ognisku. Zawinąłem się stamtąd z samego rana i pojechałem prosto na Hideway Island.
Zaparkowałem quada na zamykanym na noc parkingu przynależnym do restauracji i popłynąłem na wyspę. Niebo a ziemia. Pralnia free, safari snorkeling free, a do tego atrakcja dnia czyli jedyna na świecie podwodna poczta. Można kupić wodoodporne kartki pocztowe (600 VUV w tym znaczek pocztowy na cały świat), a żeby je nadać trzeba odpłynąć jakieś 50m od brzegu a następnie zanurkować na jakieś 2,5-3 metry gdzie znajduje się skrzynka pocztowa. Gdybym robił kółko w przeciwną stronę to uciekłbym z tego Moso kajakiem i wrócił spowrotem tutaj. Na zachód słońca wypłynęłem sobie kajakiem by podziwiać je z perspektywy falującej wody. Poznałem też podrózujacą solo dziewczynę z Japonii i umówliśmy się na kolejny dzień na wodospady i że podwiozę ją na lotnisko.
Rano zapakowaliśmy się na quada, po drodze zostawiłem kajak w tylko mi i @jaras724 znanym miejscu. Nie wiem kto tam jest kolejny, chyba @Legion1, tak więc juz proszę się kontaktować z forumowiczem Jarasem w sprawie przekazania kajaka :) Mam nadzieję, że będzie służył i da Wam mnóstwo frajdy, tak jak mi.
Wodospady znajdują się kilka kilometrów od wyspy, wstęp (a nawet dwa!) są płatne. Pierwszy jest do laguny i mini-wodospadami, kasakadami, po czym okazuje się, że teren z wodospadem wykupił jakiś chińczyk i kasuje osobną oplatę za wstęp do siebie.
Cały szlak trwa około 20 minut i prowadzi przez dwie rzeki a także po skałkach, po których spływa woda.
Po powrocie z wodospadu, udaliśmy się już prawie prosto zwrócić quada, zahaczając po drodze o dwa sklepy z pamiątkami, w których był tak ubogi asortyment, że odłożyliśmy zakupy na lotnisko.
Przy checkinie było jakieś zamiesznie z moim, kupionym za aviosy biletem i spędziłem tam dobre 15 minut, podczas których ja swoją rezkę w manage booking widziałem a oni u siebie nie. Do tego miałem problem z wyborem miejsce, które było darmowe ale końcu wyskakiwał error i nici z wyboru. Porobiłem screeny, pokazałem i dostałem te, które chciałem czyli przy wyjsciu awaryjnym, co przy czekającym mnie 10h locie robi różnicę.
Pamiątki na landside też szału nie robiły więc cała nadzieja była w airside. Niestety po prześciu kontroli paszportowej i osobistej okazało się, że jest jeszcze gorzej. Uknułem więc pewna intrygę i wróciłem na landside na zakupy, po czym znowu pod gatey.
Na VLI znajduje się skromny salonik, jest kilkanaście foteli i sof, a częstować się możemy coasteczkami i napojami z lodówki.
Po krótkim jednogodzinnym locie na Fiji, który przespałem, czekało mnie 5 godzin na lotnisku (czyli w saloniku Fiji Airlines) a następnie lot do San Francisco. Nie upłynęła godzina od startu, a do wyboru mieliśmy kurczaka z ziemniakami lub coś tam wege, więc wybrałem opcję numer jeden po czym zapadłem w sen, z którego wyrwał mnie serwis śniadaniowy pod postacią Panini i jogurtu.
Doleciałem przed chwilą do SFO i w ten oto sposób kończy się częśc oceaniczna i zaczyna niebawem karaibska.

Dodam tylko na koniec tego wpisu, że Vanuatu jest super i żałuję, że nie dane mi było spędzić tu jeszcze kilku dni.Po przylocie do SFO spędzilem 45 minut na immigration, zostawiłem bagaż w przechowalni i ruszyłem do miasta. Byłem już tutaj przez dwa dni rok temu, więc tym razem bez ciśnienia, przejechałem się znowu cable carem, pochodziłem wzdłuż nabrzeża na Fisherman's Wharf a następnie udałem się na nocne zwiedzanie osławionego Alcatraz. Rok temu zrobiłem to za dnia, więc chciałem mieć porównanie. Jego efekt jest taki, że pozmieniało się na gorsze, nie licząc tego, że została wyraźnie oznaczona cela, w której wyrok odbywał Al Capone oraz otworzyli oficjalny sklepik z pamiatkami.. Część zmian związana jest z remontem, który ponoć ma trwać 3 lata a dotyczy wzmocnień przed trzęsieniami ziemi, reszta to renowacje oraz tu i ówdzie pozawieszane plakaty z róznymi informacjami dotyczącymi więzienia i osadzonych. Są one jednak w takich miejscach, że przesłaniają widok na korytarze, cele itd. Jakby tego było mało, to jeszcze w poprzek jednego przejścia postawiono biurko i tablicę z prośbą by wpisywać rady dla nowej generacji LGBTQ+. Poradziłem im więc, ażeby kibicowali jednemu klubowi, którego nazwa zaczyna się na "L" ;)
Najfajnieszy z tego wszystkiego był widok na rozświetlone miasto i Golden Gate brigde nocą.
Nadszedł czas powrotu na lotnisko, odebrałem bagaż (cennik wrzuciłem do tematu o SFO) i udałem się na kolejny nocny lot, tym razem przez Houston na Jamajkę. United na krajówkach raczy nas tylko ciasteczkiem i kubkiem wody. Na przesiadkę miałem ponad 3 godziny więc udałem się do Cadillan Mexican Kitchen gdzie w ramach PP mamy do wydania 28$. Wystarczyło na sycące śniadanie, napój i dwie herbaty. Po czym udałem się na kolejny lot tym razem już prosto na Jamajkę, gdzie rozpocznę swojego hoppera.Jamajka. Parafrazując: kraj wspaniały tylko ludzie...
na każdym kroku próbują Cię zrobić na kase. W Uberze wmówić, że to był kurs gotówkowy, mimo że zapłaciłem z góry kartą, a to przyrobić dwa dolary zawyżając cenę szafek na rzeczy przy wodospadach, przykłady można mnożyć. Do tego natarczywi, upierdliwi, nie rozumieją słowa "nie". No jednym słowem dramat. Od Vanuańczyków powinni się uczyć do podejścia do turystów i po prostu do innych ludzi. Dwa światy. Jadąc quadem, wszyscy mi machali, starzy, młodzi, dziewczyny i chłopaki. Potem sam pierwszy machałem i każdy odmachiwał. Kto pchał taczki czy miał zajęte ręce czymś innym to kiwał głową. Czy to sklepy czy kramy z pamiątkami; zapraszamy, obejrzyj, miłego dnia. Tutaj na Jamajce natomiast będą truć dupę, by zaciągnąć niemal siłą na swój stragan i wywierać presję na zakup. No ale skoro wywołali do bitwy to w ogólnym rozrachunku postanowiłem wygrać wojnę i w robieniu siebie nawzajem w bvca Marcin 1:0 Jamajka :)

W dalszej części pominę już w/w sytuacje bo nic bym nie robił tylko narzekał.
Pierwszego dnia wylądowałem popołudniem w Montego Bay i z racji pochmurnej pogody, pokręciłem się tylko po plażach i wróciłem nad hotelowy basen a następnie w kimę bo jednak dwie poprzednie noce z rzędu w samolotach dawały o sobie znać. Na domiar złego czeka mnie jeszcze raz taki maraton spania na siedząco. Kolejnego dnia rano udałem się na lotnisko skąd miałem zaklepany transfer do Ocho Rios. Okazało się, że chętnych jest na tyle mało (czyli tylko ja), że podstawili samochód zamiast autobusu i po niecałych dwóch godzinach byłem już pół wyspy dalej.
Na początku mój plan zakładał pokonanie dystansu między lotniskami MBJ a KIN rowerem, miałem już nawet dogranego typa, który czekałby na mnie z bicyklem na przylotach. Jednak po konsultacji z mieszkającym w Krakowie jamajczykiem odpuściłem. Po pierwsze zupełny brak infrastruktury, jechałbym cały czas poboczem, a przy jego braku pasem jezdni wyprzedzany przez samochody, które (wg słów Lloyda) ostatnie na co zwracałyby uwagę to na mnie. Do tego, mówi, ryzyko, że mnie ktoś napadnie lub okradnie jak tylko odejdę od roweru to 100%. Kolejna sprawa to te dwie poprzednie noce spędzone w samolocie. Reasumując pomysł był fajny, ale odpuściłem.

Jeszcsze tego samego popołudnia jadę na wodospady na rzece Dunn. Wjazd 25 USD, wokół rzeki rozbudowana infrastruktura, stoły z ławkami, bufety, wszystko dobrze oznaczone. Miło spędziłem tam czas mimo, że dalej było pochmurno. Na powrocie postanowiłem jechać do Poko Loko, reklamującego się jako pierwszy (albo i jedyny) pływający bar na Jamajce. Po dojechaniu do brzegu okazało się, że transport łódką na tą platformę to 70$, z czego łaskawie można odzyskać 20 w postaci vouchera do wydania na barze/w restauracji. Odpuściłem sobie tą atrakcję i pojechałem do chińczyka na smażony ryż z kurczakiem.
Kolejnego dnia w planie miałem Blue Hole i jak nazwa mylnie wskazuje też jest to rzeka z wodospadem, wstęp wg info na stronie 20 dolarów, w okienku chcą 25 :lol: a do tego płatny obowiązkowy przewodnik. Nie wiem po co mi on, umiem dość w górę rzeki pod wodospady sam i tak też robię.
Samo miejsce znowu fajne, można pochillować, poskakać z platform różnych wysokości, skorzystać z chuśtawek itd. Niestety znów jest pochmurno. Popołudniem wracam do hotelu, biorę rzeczy i jadę w umówione miejsce skąd ma mnie zgarnąć bus do Kingston. Jeszcze wczoraj do mnie dzwonili potwierdzić przejazd, wysłali mi nazwę miejsca gdzie mam czekać, ja odesłałem linka do google maps, potwierdzi że to właśnie tu. Na miejscu się okazuje, że jednak mieli na myśli inny punkt odbioru, ale to nie ich wina, mówią że google maps musiało szwankować. Sprawdzam więc jakie mam inne opcje, jest ostatni autokar lada moment, biorę więc ubera i gnam na dworzec. W kasie okazuje się, że nie ma miejsc, ale jestem pierwszy bo jedyny na liście oczekujacych. Okazało się, że ktoś nie przyszedł i finalnie mogłem jechać, ufff...
W Kingston jestem z opóźnieniem ponad trzech godzin, przydałoby się jeszcze coś wszamać na późną kolację. A jako, że tego dnia było święto to jedyne co było jeszcze otwarte to KFC więc ruszam, a jest już grubo po 22. Po drodze jestem świadkiem "wyjaśniania spraw" przez dwie grupy uzbrojone w noże i kamienie.
Najedzony a przedewszytkim niepodziurawiony poszedłem spać by następnego dnia rano udać się na spacer po pobliskiej "Art District". Właściwie jest to jedna ulica "Water Line" na wysokości od Orange St. do East St. praktycznie cała ozdobiona graffiti wraz z odchodzącymi o niej przecznicami. Kręcę się tam trochę a następnie ruszam w stronę lotniska. A to jest najlepiej zaopatrzonym w pamiątki na jakim byłem. Dosłownie kilka punktów z zjedzeniem, żadnych markowych sklepów tylko same Souvenir Shopy. Jeśli ktoś zakochał się w Jamajce to może się tu ubrać od stóp do głów na zielono-czarno-żółto. Czas do odlotu spędzam w jedynym lotniskowym saloniku a potem melduję się na pokładzie Caribbean Airlines celem odbycia hopperka. Pierwsza kreska już za mną, właśnie mam stopa na SXM gdzie lądowałem nad "tą" słynną plażą, ale jednak nie tak nisko jak tego oczekiwałem.Barbados. Przyleciałem już po zmroku, więc udałem się od razu na miejsce swojego zakwaterowania czyli do Harvey's Mizpahcost Osasis, gdzie sympatyczna właściciela zadbała o wszystko, nawet sprawdziała jaka w Polsce jest pogoda po czym ustawiła klime na maxa zimno, żebym się czuł jak u siebie :)
Rano uderzam od razu do The Boatyard Beach Clubu, gdzie wjazd kosztuje co prawda 35$ ale z tego 20 możemy wydać na barze na napoje i jedzenie (także ciepłe), a w cenie mamy leżaki, parasolki, dmuchane zjeżdzalnie i pływającą trampolinę ale przedewszystkim 1h rejs na snurkowanie z rybkami i żółwiami w okolicy zatopionych wraków statków. Byłem tam zaraz po otwarciu, do mojego rejsu miałem jeszcze ponad 90 minut, które upłynęły mi na kąpieli, i tej morskiej i tej słonecznej. Kiedy wybiła 11 zostaliśmy wezwani po odbiór kamizelek ratunkowych i udaliśmy się na pokład katamaranu, którym przedostaliśmy się na spot. Po wskoczeniu do wody ukazał się pod nami wrak statku oraz sporo pływających dookola rybek, niestety dość ubogich w kolory. Nie było też wypatrywanych przezemnie żółwi. Nic to, uważam, że nawet średnie lub słabe snurkowanie wciąż jest lepsze od leżenia na leżaku.
Po skończonym rejsie zamówiłem późne śniadanie z przysługującego mi limitu na barze i szybkim krokiem ruszyłem w kierunku centrum miasta, by trochę się tam pokręcić po promenadzie i uliczkach.
Niestety hopper charakteryzuje się tym, że wszędzie spędzamy za mało czasu, tak więc nie pozostaje mi nic innego jak wrócić do apartamentu po rzeczy i wyruszyć w stronę lotniska. Na koniec zmartwię wszystkich miłośników stempli w paszporcie - Barbados już odszedł od tej praktyki i nie wbija pieczątek.Jasna sprawa, ale od czasów wypadku mam jakąś traumę i jeżdżenie autem to dla mnie jedna z dwóch najbardziej stresujących rzeczy na świecie.
Ktoś może napisać "ja nawet dachowałem i jakoś dalej jeżdżę" - to super ale ja nie. Jeden sie boi pająków, drugi latać a trzeci prowadzićTrynidad & Tobago oraz Grenada. Z Barbadosu na Trynidad doleciałem już dawno po zmroku i miałem plan wyskoczyć posłuchać jak grają na steelpans. Miałem rozkminionych kilka potencjalnych miejscówek, ale pani z recepcji sprawdziła mi je wszystkie i akurat tego dnia nie było żadnego muzykowania. Pierwotny plan hoppera zakladał, że będę tu trochę dłużej, ale zmieniłem harmonogram lotów tak, by jeszcze wcisnąć Grenadę i St. Vincent kosztem przedewszystkim pobytu w NYC, no ale też Trynidadu. Jako ciekawostkę dodam, że wszyscy na Karaibach przestrzegają przed Trunidadem, jako krajem z największą przestępczością, gdzie strzelaniny są na porządku dziennym. Kolejnego dnia przed południem pojechałem na lotnisko by udać się na Grenadę. I tu znowu pech, bo w planach miałem m.in. snurkowanie, ale z powodu znacznych opóźnień dotarłem ledwo godzinę przed zachodem słońca i czasu wystarczyło tylko na spacer po plaży i kąpiel w morzu. Te dwa dni można podsumować jako bez historii.
Kolejnego dnia z samego rana miałem lot do
Saint Vincent i Grenadyny,
gdzie najpierw udałem się na komistariat policji po permit pozwalający mi jeździć na polskim prawku a następnie odebrałem skuter i wyruszyłem do Owia Salt Pond. Maszyna to 150cc'owa bestia zamknięta w ciele 49ki :) Dobrze dawał sobie radę na wzniesieniach, które co i rusz pojawiały się na trasie, szczególnie w pierwszą stronę, bo tą postanowiłem pokonać bardziej środkiem wyspy a wrócić wybrzeżem. Po dojechaniu na miejsce zapłaciłem 5$ za wstęp i zszedłem na dół nad "staw". Jest to miejsce przy samym morzu, gdzie wśród skał wytworzyła się niecka z wodą, gdzie wśród szumu fal i trzasku rozbijania się ich o skały można zaznać spokojnej kąpieli podziwiając okoliczne wzgórza bujnie zarośnięte roślinnością. Po dłuższej chwili spędzonej we wodzie udałem się na krótki trekking na ów wzgórza. Zdjęcia tego nie oddają, ale zieleń była tak intensywna, że długo nie mogłem nacieszyć oczu. Nadszedł czas powrotu, jak wspomniałem trasę zrobiłem wzdłuż wybrzeża, następnie w mieście wybrałem restaurację, którą oferowała kuchnię typowo Saint Vincentską, która okazała się chamburgerami albo nóżkami z kurczaka. Co ciekawe w mieście znajduje się też całkiem ciekawy food court, który powstał na miejscu starego lotniska. Teraz zjeść można nawet na wieży kontroli lotów. Po posiłku oddałem skuter i ruszyłem w stronę lotniska, skąd czeka mnie lot do NYC z przesiadką w Port of Spain.Lot z Port of Spain był sporo opóźniony, potem opóźnienie uległo skróceniu, a do tego nad gate cały czas się wyświetlała informacja o boardingu na poprzedni lot i mało brakło a bym nie wszedł na pokład. Uratowało mnie to, że siedziałem nieopodal gate a nie piętro wyżej na sofach w food court i podeszła do mnie Pani z checkin i spytała gdzie lecę. Przesiadkę w POS spędziłem w saloniku gdzie przepakowałem bagaż tak, by pod ręką mieć to co potrzebne będzie w NYC czyli dawno zapomniane już ciepłe ubrania. Lot upłynął mi na regenerowaniu sił, ale 4 godziny z hakiem spania na siedząco dawały mi się we znaki podczas całego kolejnego dnia. Do Big Apple przylecieliśmy przed czasem, jednak kolejka do customs była na ponad godzinę stania i niestety pod Brooklyn Bridge dotarłem juz po wschodzi słońca, który to miałem w planach tam zobaczyć. Następnie z buta ruszyłem przez most, pokręciłem się po "betonowej dżungli", która na marginesie wogóle mnie nie jara i unikam zwiedzania miast jak tylko mogę. W każdym razie zawędrowałem do przystani, z której odpływał statek w swój 90 minutowy rejs by podziwiać z jego pokładu panoramę miasta oraz Statuę z bliska.
Następnie udałem się do Central Parku, pokręciłem się po nim trochę, przeszedłem się jeszcze na Times Square, które mnie już rozczarowało po całości. Skrzyżowanie z reklamami, no super. Zawinąłem się na lotnisko, gdzie będąc 2,5h przed wylotem groziło mi, że nie zdążę na lot. Jednak okazało się, że jeden z saloników oferuje usługę Fast Track, a opisałem to tutaj: viewtopic.php?f=15&p=1794436#p1794436 (post #1306)

Zdążyłem i mogłem wejść na pokład A380, gdzie wybrałem miejsce na piętrze w emergency row i po wywaleniu nóg na plecak mogłem poczuć się jak w bieda-C :lol: Trzy kwadranse po starcie zaproponowali czikena lub lazanke, wybrałem bramkę numer 1 i nie żałowałem, całkiem dobry kurczaczek. Resztę lotu przespałem, a przesiadkę w MUC spędziłem na odświeżaniu apki M&M bo ten zakończony odcinek miał mi dać FTL'a i salonik. Niestety ale lot naliczył się dobę później. Ostatni już odcinek tej podróży to MUC-KRK, który cały przespałem, bo druga noc z rzędu na siedząco wymęczyła mnie konkretnie.

I tak oto pierwsza z podróży dobiegła końca, ale stay tuned bo kolejna już lada moment :)Dawno nigdzie nie byłem, więc ruszamy z kolejną częścią, tym razem do Ameryki Południowej. Właściwie lecę tam na 90 minut, cała reszta to dodatek. Ale o tym później.
Na ten długi weekend listopadowy składało się będzie 11 lotów, którymi pokonam troszkę ponad 33k kilometrów.
Pierwszy lot to zwykły wizz do Barcelony, niby nic szczególnego, a jednak. Na tym locie zostałem kilometrowym milionerem, taka liczba pęka na moim liczniku F4F :)
Najpierw pogoda w Krakowie nie dopisała, konieczne było odladzanie, a następnie krążyliśmy nad Barceloną, bo warunki pogodowe nie pozwoliķy wylądować.
Wkońcu się to udało, a ja piszę te słowa siedząc w saloniku, gdzie z okazji miliona cola sie leje strumieniami :)53 godziny temu wstałem z własnego łóżka i właśnie kładę się odsypiać, ale po kolei.
Lot do Bogoty bez historii, więc wspomnę tylko że 45 minut po starcie rozpoczął się serwis pokładowy a do wyboru był makaron ze szpinakiem lub wołowina z ryżem. Spróbowałem obu i oba dania były bardzo smaczne. Natomiast godzinę przed startem rozdano kanapki z szynką i serem. Transfer w BOG poszedł bardzo sprawnie, salonik Avianki jest w remoncie a w saloniku El Dorado okazało się, że na PP są tylko przekąski, natomiast na LK i przekąski i obiad. Tyle w teorii bo w praktyce restauracja była zamknięta. Pochillowaliśmy więc i przyszedł czas na kolejny lot, tym razem krótszy bo jedynie 6 godzinny. Po przylocie do Buenos w kolejce immigration zeszło nam 45 minut, potem kolejne 30 w uberze i można było zdjąć plecaki pod hotelową recepcją. Gustavo na recepcji słysząc skąd przylecielismy i po co wbił nam tyle zniżek ile się da, upgradeował pokój (poniżej wrzucam widok z tarasu) i dorzucił wczesne zameldowanie. Wrzuciliśmy więc plecaki do pokoju i po prysznicu przyszedł czas by wrócić na lotnisko i udać się na jednodniówkę nad wodospady Iguazu.
Kolejny wpis będzie już o konkretach, bo wróciliśmy już z wodospadów a tymczasem kładę głowę na poduszce i odsypiam trudy podróży...Na wodospadach byłem już w 2023 ale w kwietniu, co jest zupełnie innym sezonem. Wtedy wody było dużo, ale brazylijska strona była widoczna. Co więcej, praktycznie dopóki nie podeszło się na sam koniec podestu nie wiedziało się, że wodospad a dokładnie jego najwyższa część zwana Garganta del Diablo (gardło diabła) jest na wyciągnięcie ręki. Teraz wody był ogrom, jest inny sezon, a zapoznana przewodniczka, która jest tam codziennie mówiła że tego dnia jest szczególnie dużo wody. Jej szum oraz unoszącą się w górę bryzę było widać już z daleka. Z daleka też mijało się wracające osoby w kompletnie mokrych ubraniach. Mimo to podchodzimy najbliżej jak się da. Wodospad w tym miejscu ma 82m a przez unoszącą się mgiełkę wodną widoczność w dół to dosłownie kilka metrów.
Przez zmianę rozkładu lotów wylądowaliśmy na EZE dopiero po 1 w nocy, nim dojechaliśmy do hotelu była już druga. Pokręciliśmy się troszkę pustymi uliczkami La Boca i poszliśmy spać.
Na kolejy dzień nie było sprecyzowanych planów, więc pochodziliśmy kolorowymi uliczkami i tak kolejny dzień minął w oczekiwaniu na niedzielę.Nadszedł wkońcu dzień, wokół którego kręciła się cała podróż.
Nie bedę się rozpisywał, jedni opisu nie potrzebują, drudzy i tak nie zrozumieją.Właściwie mógłbym już wracać do domu, ale zostały jeszcze dwa side questy do zrobienia. W obu miejscach już byłem, ale wybór padł ze względu na moją towarzyszkę podróży. Jako, że nie była nigdzie poza europą, to zaproponowałem kilka tras powrotnych, a ona mogła sobie wybrać którędy wracamy.
Po meczu mamy jeszcze kilka dobrych godzin do wylotu, więc wracamy do hotelu się zdrzęmnąć, spakować i wyruszyć na lotnisko gdzie wylot mamy o 3 w nocy. Do Medellin docieramy po 7 rano, zostawiamy rzeczy, bierzemy prysznic w hostelu nieopodal lotniska i ruszamy na miasto.
Ja już tu byłem ze 3 razy, więc robimy trasę szlakiem wujka Pabla. Najpierw Barrio de Pablo, gdzie nie ostał się ani jeden graf, potem cmentarz oraz osławiony dach. Ostatnio byłem tu w styczniu i zauważalna jest też zmana w dostępności pamiątek, coraz ciężej nawet o głupi magnes. Zastanawiam się gdzie byłoby to miasto na turystycznej mapie, gdyby nie jeden jego mieszkaniec? Ponieważ miasto zwiedzamy na luzie odpuszczamy Comunę 13 i kierujemy się do centrym, by się tam pokręcić, posilić i pokupować pamiątki. Po tym zostaje nam tylko wrócić do hostelu po bagaże i prysznic i ruszyć w kierunku lotniska, skąd czeka nas kolejny nocny lot.
Odczucia co do miasta są podzielone, mi się tu podoba jak i w całej ameryce latynoskiej, koleżanka jest przerażona, wszak nie często widzi się 200 metrów od centrum o godzinie 15 hordy ćpunów i prostytutek oddających się za równowartość... 40 PLN.Ostatnim przystankiem miało być słoneczne Miami oddalone od Kolumbii o 4 godziny lotu. Miało być... po przejściu kontroli migracyjnej, co w środku nocy zajęło kwadrans, przywitała nas pogoda +12°. A jeszcze kilka dni temu pogody zapowiadały dobrze ponad dwa razy więcej. W hotelu oddalonym od lotniska o kilka minut jazdy Uberem od razu uderzamy w kimę. Rano nie było o wiele cieplej, w peaku było całe 18 stopni, nawet dało się na chwilę sciągnąć bluzę. Ja w Miami już byłem, więc wyruszyliśmy trasą wytyczoną przez koleżankę, najpierw uderzamy na Miami Beach, gdzie strasznie wiało i nawet nikt się nie kąpał, potem specerek po downtown a na końcu usiedliśmy na mały piknik w Bayfront Parku. Obok były budy z pamiątkami, koleżanka obkupuje się (pierwszy raz poza europą, więc chyba zaliczyła całkiem spoko wypadzik?) a ja wysyłam pocztówki. Nadchodzi czas powrotu do hotelu po bagaże i jazda na lotnisko, tylko że wylot mamy z FLL. Sam powrót Deltą przez JFK do Paryża i dalej U2 prosto do Krakowa bez historii i bo całą trasę grzecznie przesypiamy.

Reasumując całkiem intensywnie jak nad długi weekend listopadowy, zaliczamy Iguazu Falls, kilka dni w Buenos w tym wymarzone derby Boca-River, Medellin i Miami. A już w przyszłym miesiącu odwiedzę kolejny kontynent :)Pamiętacie jak wysyłałem na Vanuatu kartki z jedynej na świecie podwodnej poczty?
No to melduję, że po miesiącu i 9 dniach dotarły - także do mnie, gdyż postanowiłem jedną z nich wysłać sam do siebie :)


va1.jpg



vanuatu post.jpg



va.jpg



ale dostępny był też drugi rodzaj:Przygotowania do Świąt idą pełną parą, okna umyte, barszcz.. plecak spakowany, jestem odprawiony i czas wyruszyć w kolejną podróż w ramach tytułowego wyzwania. Tym razem do Afryki. Na początek garść statystyk: przez najbliższe dni pokonam ponad 15 tysięcy kilometrów, polecę dwoma nowymi liniami a sześcioma łącznie oraz odwiedzę dwa nowe kraje: Kenię i Ugandę. Zapraszam do śledzenia moich poczynań na czarnym kontynencie :)Zerwałem się z biura i pojechałem na lotnisko, mając jednak plan B w postaci pociągu do Warszawy, bo jak wiadomo mgły w Krakowie są legendarne. Szybki salonik w KRK gdzie rzadko bywam w porze obiadowej i ciekaw byłem czym mnie uraczą a była to zapiekanka ala carbonara. Dolot jednak był ze sporym zapasem i nawet mimo godzinnego opóźnienia doleciałem do Wawy na tyle wcześnie, że bez problemu poszedłem na checkin a potem do saloniku, gdzie w oczekiwaniu na lot delektowałem się Wigilijnymi potrawami bo był i barszczyk i pierogi z mięsem, kapusta z grzybami, ryba a nawet indyk w żurawinie. Zgodnie z tradycją popróbowałem wszystkich potraw a przy moim stoliku zostawiłem miejsce dla strudzonego wędrowca.
Sam boarding szybki i bezproblemowy, miejsce miałem w exitrow więc po osiągnięciu wysokości przelotowej można było tradycyjnie zdjąć plecak i spędzić lot z wyciągniętymi kopytami. Miejsca koło mnie zajmowało sympatyczne starsze małżeństwo lecące na Święta i Nowy Rok do Namibii. Pan Romek część swojego dzieciństwa spędził w... Korei Północnej, potem wracał tam kilka razy więc z zaciekawieniem słuchałem jego historii. I dzielę się protipem: jeśli się tam wybieracie to załóżcie sobie kółko studenta podróżnika lub jakąkolwiek inną 'organizację' im. Kima to nie będą mieli prawa odmówić wjazdu. Lot do Wiednia i postój tamże, w sumie około 3 godziny, upłynęły na rozmowach i zagryzaniu serwowanej kanapki z tuńczykiem. Po obraniu kierunku już na Etiopię i zjedzeniu obiadu (kura lub ryba) zgodnie uznaliśmy, że czas w kimę i tak obudzilismy się już w Afryce. Mnie czekała jeszcze dłuższa przesiadka, którą spędziłem w Cloud 9, saloniku który, mimo że nie jakiś ogromny to zawsze ofieruje minimum 6 pozycji na ciepło.
W końcu przyszedł czas na ostatni już dzisiaj lot i tak po niecałych dwóch godzinach wylądowałem w Nairobi. Tym razem również oferowany był kurczak lub ryba, znów wybrałem chickena ale tym razem jakoś mi nie podszedł.
Kontrola paszportowa poszła bardzo sprawnie, po kilku minutach miałem już pieczątkę w paszporcie. Obsługa starała się rozładować kolejki kierując pasażerów do pustych okienek dla dyplomatów, sky prioroty czy załóg samolotów. Kilka osób się wykłócało, że oni tam nie pójdą bo to nie są dedykowane im okienka :lol:

Dojechałem do CBD, gdzie mam swój hotel i nigdzie się stąd nie ruszam. Od wyjścia z pracy do wjazdu do Kenii mineło około 22 godziny, leżę nad basenem, słoneczko świeci, jest +26° w cieniu :) a ja piszę sobie relację i wybieram fotki.

Wesołych Świąt :)Wczesne pobudki nigdy mi nie słuzyły, ale postanowiłem pojechać do Giraffe Center na jego otwarcie. Liczyłem na poranny brak upałów i mniej ludzi. Wjazd 1500 KES czyli około 42 PLN. Płatność tylko kartą. Na początku zabierają wodę butelkowaną, następnie należy umyć ręce a potem dostajemy przysmaki w skorupce od kokosa. Trasa prowadzi pomostem przy wybiegu dla żyraf na takiej wysokości by swobodnie można było je karmić. Kojarzycie fotki jak żyrafy wkładają głowy przez okna do kawiarni? Jest ona nieopodal, po drugiej stronie, ale kawiarnia jest tylko dla gości, którzy płacą ponad 1000$ za noc. Żyrafy te same bo do ich dyspozycji jest cała przestrzeń między nami a tamtymi rezydencjami. Należy uważać, bo żyrafy lubią przywalić z "dyńki". Samo karmienie ich to super frajda nie tylko dla dzieci :)
Po skończonej wizycie wracam do hotelu, gdzie ucinam sobie drzemkę bo nie odespałem jeszcze trudów podróży.
Mimo ciążącej na mnie presji robienia samych niesamowitych rzeczy, przemierzania kilometrów z buta, eksplorowania każdego zakątka miasta i każdej uliczki, żeby czytający tą relację forumowicze sypali lajkami jak Mikołaj prezentami z worka, postanawiam pochillować na basenie. Dopiero na zachód słońca chcę wybrać się na taras widokowy na budynku KICC. Okazuje się, że budynek zamykany jest wcześniej więc jadę tam tak, aby być na górze zaraz przed zamknięciem. Ludzi przed bramą jest tyle, że nikogo nie wpuszczają. Pytam ochroniarza czy otwarte, a ten mi radzi wejść wyjściem. Przeciskam się więc "pod prąd" i wkońcu udaje mi się dostać do środka. Wjazd na górę wyceniany jest na 500 KES (znowu płatność tylko kartą). Winda przenosi nas na piętro 27, kolejne 2 pokonujemy schodami by cieszyć się panoramą 360° na całe miasto.
Ludzie spędzają czas z rodziną i przyjaciółmi na ulicach i w parkach, widać stąd jakie to są tłumy.
Okazuje się, że największą atrakcją jestem... ja :lol: Nie zliczę ile osób robiło sobie ze mną fotki. Ale w sumie nie mijałem na ulicach nikogo białego, jedynie w hotelu i w Giraffe Center jest kilku turystów. Z drugiej strony... obróćmy sytuację i wyobraźmy sobie, że widzimy Kenijczyków na polskich ulicach, kurczę chyba nikt by nie podbijał po selfie :lol:

Do hotelu wracam spacerkiem, żeby poczuć klimat ulic. Mam nadzieję, że udało mi się go uchwycić na kilku ostatnich fotkach.
A teraz znowu chilluje sobie na tarasie pisząc te słowa.Dziś miał miejsce gwóźdź całego programu, ale co ja będę się rozpisywał, zobaczcie sami:Tak, byłem w Nairobi NP. Sam wjazd do parku to 11k KES z groszami czyli około 310zł. Do tego miejsce w jeepie ok 210zł. Najprawdopodobniej można wjechać swoim autem, ale bez znajomości parku choćby gdzie są wodopoje, i bez infa przez radio od innych przewodników co gdzie właśnie jest to wg mnie trochę mija się z celem. Zorganizowane wjazdy do parku są 6.00, 6.30, 13.00 i 13.30. Lepiej wybrać poranek, gdyż w środku dnia zwierzaki chowają się przed upałem i ciężej je zobaczyć.

Nosorożców było całe multum, szacuje że przez 5h i przez 60 przejechanych kilometrów widziałem ich kilkadziesiąt. Co i rusz chodziły po 3 - 4 sztuki. Do tego lwy, które ponoć bardzo cieżko zobaczyć bo spią schowane po 22h na dobę.
Były też hipopotamy (ale ochladzały się we wodzie), kilka gatunków małp, kilka gatunków antylop, bawoły i trochę ptactwa.

Wcześniej na safari byłem i na Sri Lance i w Nepalu ale dopiero wczorajsze wywarło na mnie niesamowite wrażenie.

Poniżej kilka "behind scenes" jak poszło info gdzie są lwy.Na wczorajszy poranek zaplanowany miałem lot do Ukundy (UKA), lotniska położonego zaraz przy Diani Beach. Lotnisko wylotowe to tym razem Nairobi Wilson, obsługujące przedewszystkim loty krajowe oraz kilka destynacji w Tanzanii takich jak Kilimanjaro, Arusha czy Zanzibar. Lotnisko o tyle nietypowe, że każda linia ma swój osobny terminal. Ja leciałem Sywardem (OW) i w ich poczekalni znajdują się same sofy i fotele, gdzie śmiało mogą się rozsiąść pasażerowie dwóch lotów oraz jest możliwość skorzystać z kawiarenki. Linia nie oferuje odprawy online, czekamy aż pasażerowie naszego lotu zostaną wywołani do stanowisk, gdzie można poprosić o preferowane miejsce i zostanie nam ono przydzielone. Następnie znów wracamy na sofy i czekamy na wywołanie do kontroli bezpieczeństwa. Po przejściu tejże, czekamy na komplet pasażerów na airside i idziemy przed płytę lotniska do samolotu a bagaże transportowane są wózkiem hotelowym. W czasie trwania rejsu podróż umila nam zbożowe ciasteczko, które możemy popić wodą, pepsi lub mirindą.
Po wylądowaniu zamawiam uberka, zostawiam rzeczy i chciałem pojechać do African Pool, ale trafiłem na jakiegoś zakręconego jak świński ogon kierowcę, który jadąc po mnie pytał gdzie wogóle jedziemy a potem o to samo kiedy wsiadłem. Stwierdził, że to bardzo daleko (10km) i że boi się, że mu auto padnie. To po kiego grzyba akceptował kurs? Tuktukarze wołali po... 30$ :lol: więc sobie odpuszczam i udaję się na Diani Beach gdzie spędzam czas korzystając ze słonecznej pogody, posilam się a nawet dostrzegam polski akcent ;)
Wracając do hotelu umawiam się z kierowcą ubera na jutro na kurs do MBA na 3500 KES, korzystam jeszcze z basenu i czas iść spać by obudzić się na dzisiejszy lot do Ugandy.

Kierowca jest pod moim hotelem kilka minut przed czasem i ruszamy w stronę lotniska gdzie dojazd zajmuje niecałą godzinkę. Tutaj po szybkiej odprawie udaję się do przyjemnego saloniku a następnie pod gate gdzie panuje prawdziwy haos, bo z jedego gate są 2 równolegle loty na raz! Ba, najpierw czeka się do ponownego security, po którym dopiero wpuszczą nas pod "właściwy" gate (coś jak odloty Scoota z SIN), a tutaj również z jednej bramki odlatują dwa loty: Etiopian i Uganda Airlines a na ekranie świeci się flyDubai :lol: pasazerowie obu lotów stoją w jednej kolejce i dopiero po wyjsciu na zewnętrzny balkon kierowani są w prawo lub w lewo, ale ani tutaj ani przed wejsciem do samolotu biletu nikt już nie sprawdza.
Po zajęciu miejsc miał miejsce rasistowsko-bodypozytywny skandal, bo poprosili mnie żebym usiadł w emergency przy skrzydle, a babkę, która przysięgam nie zmiesciłaby się do drzwi ewakuacyjnych posadzili na moim miejscu, czyli jak najdalej od nich bo w pierwszym rzędzie zaraz za C.
Na serwis wjechała kanapka (do wyboru kurczak, wołowina lub wege) i wachlarz napojów do wyboru.

Od razu po wylądowaniu i przejściu przez kontrolę paszportową przejmuje mnie ziomek z samochodem, kierujemy się w stronę portu a następnie udaję się w godzinny rejs (one way) w kierunku małej wysepki, przez którą przebiega równik. Po Ekwadorze i Sao Tome jest to mój trzeci raz na równiku. I nie uprzedzając faktów - na pewno nie ostatni.Kolejnego dnia wstaję o 6, po wymeldowaniu i śniadaniu jedziemy na kolejny równik, tym razem ten przebiegający przed ląd. Miejsce docelowe oddalone jest od lotniska o około 100 km a droga zajmuje 2,5 godziny. Na miejscu zastajemy dwa bliźniacze "pomniki" równika po dwóch stronach drogi a za nimi dwie knajpki, które szczycą się tym, że przebiega przez nie granica półkul. Jest trochę straganów z pamiątkami, ale uważam, że kiepskimi jak na potencjał tego miejsca. Można też zrobić eksperyment z kierunkiem wiru wody po obu stronach równika, a także braku takowego na samym nim. W równikowej restauracji jem śniadanie ustawiając stolik na obu półkulach jednocześnie i ruszamy w drogę powrotną, która jeszcze się wydłuża z powodu przejazdu prezydenta. Cała stukilometrowa trasa obstawiona jest potężną liczbą policji i wojska uzbrojonego po zęby.
Dojeżdżamy w końcu na lotnisko, na którym panuje straszne zamieszanie, a przejście przez kontrole bezpieczeństwa i kontrolę paszportową trwało niemal 2 godziny a i tak troszkę kolejki ominąłem, mówiąc, że lecę moją trasę ale wcześniejszym lotem. Lot do Etiopii bez większej historii, jednak posiłku nie zrecenzuję, bo koleszce siedzącemu obok mnie tak jechało spod skrzydła, że odebrało mi ochotę na posiłek. Przy boardingu dowiedziałem się także, że mój kolejny lot mam konkretny overbooking, więc wykorzystuję tą informację zagadując do obsługi przy boardingu na kolejny lot. Nie wiem jak oni to zrobili, ale zamiast overa, samolot poleciał jeszcze z kilkoma wolnymi miejscami. Dalej jednak widziałem szansę na "utknięcie" w stolicy Etiopii, ponieważ nasz autobus dobre 10 minut stał pod złym samolotem. Cały lot do FRA przesypiam, rano biorę prysznic w jednym z saloników LH i dzięki temu będę mógł pojechać prosto do roboty nie zahaczając po drodze o dom.
Ostatnia kreska, cóż mogę napisać, dostałem tradycyjną czekoladkę i butelkę wody.
I tak dobiega końca kolejna podróż, ale spokojnie, kolejna jest tuż za rogiem :)W odwiedzeniu 7 kontynentów nie mogło zabraknąć… Europy. Lecę więc przywitać Nowy Rok w Rydze. Na powrocie miałem mieć 6 godzin na Wilno, ale pozmieniał się rozkład i muszę wracać „troszkę” naokoło. W obu krajach (Litwa, Łotwa) już byłem, ale nie samolotem, więc licznik odwiedzonych krajów pozostaje bez zmian, ale za to przybędzie kresek i szpilek na mapie. Trasa powrotna to także nowa dla mnie linia lotnicza i nowe saloniki.31 grudnia nie jest dla mnie jakąś wyjątkową datą w kalendarzu, zazwyczaj traktowałem ją jak i Nowy Rok jako przedłużenie Świąt, kiedy to można kosztem kilku dni urlopu wylecieć gdzieś na 10-14 dni. Teraz jednak ze względu na zbliżającą się wielkimi krokami podróż życia, ciężko było mi wziąć dwa dwutygodniowe urlopy niemal jeden po drugim. Dlatego też Świąteczny wypad był krótki, właściwie obejmował same Święta, weekend oraz jeden dzień wolnego.
Teraz ten szybki wypad miał trwać 33 godziny, ale tak mi namieszali w rozkładzie, że nie trwał doby. Pierwotnie lot powrotny miał startować około 14, potem 6 godzin we Wilnie i wieczorny lot do Krakowa. Finalnie wylot miałem o 7 rano z przesiadkami w Amsterdamie i Wilnie ale trwającymi po godzinie. Chciałem doczekać północy, przejść się na tą okazję do centrum miasta, ale nie odespałem jeszcze Afryki, więc zmuliło mnie i usnąłem o 22 :lol:
Pobudka o 4 i dojazd na lotnisko, gdzie wbijam na śniadanie do saloniku. Potem sprawny boarding na pokład linii AirBaltic, gdzie zaliczam swój debiut rozkładając się na całym rzędzie siedzeń i cały lot przesypiam. W AMS przesiadka niby 1h ale pozwala tylko na dotarcie pod kolejny gate, gdzie okazuje się, że jest nas... 17 osób i będziemy lecieli niemal pustym samolotem. Kolejny ponad dwugodzinny lot, kolejny raz cały rząd dla mnie, więc rozkładam się prawie jak w C i lot mija mi na leżąco :)
We Wilnie okazuje się, że do Krakowa lecę tą samą maszyną, z której właśnie wysiadłem, szybki rzut oka na lokalizaję saloniku i udaje mi się tam wbić na szybkie risotto.
Na wszystkich trzech lotach brak serwisu, nawet głupiej małej wody, można jedynie zamawiać przekąski z katalogu. Linia reklamuje się jako  "pierwsza europejska linia oferująca szybki i darmowy internet ze Starlinka na pokładzie" i faktycznie działa to bez zarzutu.
Tak dobiega końca ten krótki, europejski wypadzik.

A już niedługo, bo za parę dni rozpocznie się relacja z podróżniczej wisienki na torcie - Antarktydy :)Pomysł na tą wyprawę zakiełkował w mojej głowie… wiosną 2024. Oczywiście w trakcie przeglądania forum. Wcześniej też już rozmyślałem o tym kierunku, który można określić wisienką na podróżniczym torcie, ale było to bardziej w kategoriach „jak będę odkładał tyle i tyle miesięcznie to może za 10 lat się uda”. Jednak wtedy po lekturze forum i przejrzeniu kilku ofert na necie nie wyglądało to aż tak odlegle jak przedtem. Obdzwoniłem kilka osób czy by się doklepali, ale wszyscy wymiękli. Ostatecznie odezwałem się do dziewczyny poznanej na Wyspach Owczych, z którą w rozmowach poruszaliśmy na luźno ten temat na zasadzie „fajnie by było kiedyś”. Wahała się kilka dni, a bo kredyt, a bo zmiana pracy ale ostatecznie o dołączeniu do mnie zadecydował rzut monetą ? Od tego czasu byliśmy razem jeszcze w Nikaragui i Kostaryce, więc uważam, że jesteśmy ze sobą dograni i nie będzie żadnych większych zgrzytów przez następne dni.
Wybraliśmy najodleglejszy możliwy termin, żeby czasu na odłożenie kasy było jak najwięcej, wpłaciliśmy zaliczkę i zaczęło się odliczanie. Najczęściej było to odliczanie kasy po otrzymaniu wypłaty, aż nadszedł czas uregulowania całej należności. Wtedy też poczułem, że ta wyprawa nadciąga już naprawdę dużymi krokami, mimo że po drodze miałem zaplanowanych jeszcze kilka innych, o których mogliście przeczytać na poprzednich stronach tego tematu.
Na rozpoczynającą się jutro podróż składało się będzie 13 lotów podczas których zasiądziemy na pokładzie sześciu linii lotniczych (LO, W6, AV, AR, V5, LA), a którymi to przelecę 36 000 kilometrów.
Stay tuned, a tymczasem ja pakuję plecaki :DRozpoczął się dzisiaj  kolejny, ostatni już etap mojego projektu, w ramach którego odwiedzę wszystkie siedem kontynentów świata w ciągu stu dni.
Ale, żeby nie było za łatwo, to już na początku pojawiły się małe komplikacje. Jako, że muszę być przygotowany na temperatury od minusowych do upałów sięgających trzydziestu stopni a co za tym idzie spakować sporo ubrań, oprócz standardowego plecaka postanowiłem zabrać walizkę otrzymaną z programu partnerskiego KRK Airport Loyality.
Plan zakładał, że spakowane wczoraj bagaże biorę ze sobą do pracy, skąd pojadę prosto na lotnisko. W międzyczasie dokupiłem kilka brakujących kosmetyków, które schowałem do kosmetyczki i zapinając walizkę strzeliły oba zamki. Tym dziwniejsze, że były w niej tylko lekkie acz zajmujące sporo miejsca polary i kurtki. Przy zapinaniu nie stanowiły one oporu, a walizka była nowa, ledwo co odebrana z programu.
No nic, nie pozostało mi nic innego niż pojechać do domu i na szybkości przepakować się do plecaka, który ostatnio "wygrałem" na forum :)
Plan przyjechania na lotnisko z zapasem czasowym wziął w łeb. Całe szczęście, że do stanowiska nadania bagażu kolejek nie było prawie wcale, potem szybki fast track i już można było się rozsiąść w saloniku by delektować się makaronem z pieczarkami i suszonymi pomidorami.
Potem szybki boarding, rękaw i można się było rozsiąć na pierwszym, krótkim co prawda, locie Lotem do Warszawy. Krótkim, ale wywołującym jakże szeroki uśmiech. Wszak zaczyna się przygoda życia :)Równe 30 godzin zajęło nam dotarcie do Montevideo. Najpierw poranny lot wizzem do Barcelony, wybraliśmy wylot z Wawy, bo jednak w Krakowie istaniało ryzyko opóźnienia przez mgły. W stolicy katalonii tylko przesiadka i salonik, a potem już 11 godzinny lot do Bogoty. Tu znowu przesiadka i salonik (nie Avianki, tylko ten po schodach na dole) Byłem w nim ostatnio w listopadzie, przy okazji lotu do Buenos i zmieniło się na gorsze. Do LK dodawali kupon na lunch, teraz już nie. Prysznic kosztuje 20$.
Kolejny lot to też Avianca, którym dolecieliśmy do Montevideo - naszego pierwszego przystanku.
Czas oczekiwania do kontroli paszportowej miał wynosić pół godziny, ale posiadaczy paszportów UE puścili bokiem i w dosłowie 3 minuty byliśmy już pod taśmami w oczekiwaniu na bagaż.
Pomny zmęczenia podróżą do Buenos Aires, wzięliśmy pokój w hotelu Wyndham, gdyż ten oficjalnie oferował płatne wczesne zameldowanie (40$ za 5h wcześniej) a nieoficjalne info mówiło o tym, że wpuszczają za free jeśli jest tylko dostępność. Całe szczęście ta była i zostaliśmy wpuszczeni do pokoju już przed 9 rano. Szybki, acz długo wyczekiwany prysznic i poszliśmy na dwie godziny w kimę.
Wstaliśmy przed południem i spacerkiem ruszyliśmy na Plaza Independencia, a następnie głównym deptakiem w poszukiwaniu cafeterii ze śniadaniem. Spacerując dotarliśmy do Mercado del Puerto, ciekawego miejsca gdzie knajpki mieszają się ze sklepami z pamiątkami. Jest też dużo restauracji oferujących słynne urugwajskie steki. Postanawiamy wrócić tu na kolację a tymczasem udajemy się pod Estadio Centenario, na którym w 1930 roku odbył się pierwszy mundial. Za 350 UYU można wykupić wstęp do muzeum, gdzie jest mnóstwo pamiątek sportowych, które pamiętają nawet Olimpiadę w Paryżu w 1924, oraz można wejść na trybuny. Oglądamy ekspozycje, pykamy fotki i zaraz przemieszczamy się w stronę Palacio Salvo, najdziwniejszego budynku w mieście. Pojawiamy się na spontanie bez większego rozeznania i okazuję się, że lada moment rusza tour z angielskim przewodnikiem. Dołączamy za 550 UYU od osoby. Najpierw wjeżdżamy windą na 23 piętro, kolejne 2 pokonujemy schodami i jesteśmy przy oknach widokowych skąd roztacza się widok na okolicę, w tym na główny plac miasta. Następnie przemieszczamy się po kilka pięter w dół podziwiając klatki schodowe zdobione witrażami czy też podłogi na klatce schodowej pokryte oryginalnym, położonym sto lat temu parkietem. Finałem wycieczki jest wizyta w pomieszczeniu, które jest pozostałością po barze, który uznawany jest za kolebkę Tango. Został on jednak zburzony a w jego miejsce powstał ten budynek. Ostała się tylko część, która w oryginale była podestem z którego grali muzycy.
Następnie wracamy do Mercado i zamawiamy steki. Jedłem już urugwajskie steki tutaj rok temu, jadłem kilka razy w Buenos, ale ten dzisiaj to niebo w gębie. W życiu nie jadłem lepszego i delektowałem się każdym kęsem. Jeśli tu będziecie to polecam "Cabaña Veronica", gdzie jak traficie na odpowiedniego kelnera to nawet... przywita Was i życzy smacznwgo po polsku :)
Po tej wspaniałej uczcie spacerujemy jeszcze po uliczkach, potem też siedzimy pod pomnikiem obserwując rytm życia miasta. Już po zmroku wracamy do hotelu i kładziemy się zaraz spać, gdyż jutro czeka nas kolejny intensywny dzień. Pomimo, że byłem tu już rok temu, cieszę się z ponownych odwiedzin, gdyż odkryłem kilka nowych ciekawych miejsc i smaków :)Mini-zlot stał się faktem. @jaras724, który od 2 miesięcy włóczy się po świecie w ramach RTW, odezwał się do mnie w sprawie kajaka na Vanuatu, złapalismy super kontakt a dziś nasze drogi skrzyżowały się w Buenos, gdzie pochodziliśmy uliczkami La Boca i zjedliśmy pyszne stejki ;)Ostatni dzień w Urugwaju rozpoczął się konkretną ulewą. Całe szczęście, że jedynym planem na ten poranek to było pojechać na lotnisko i stamtąd krótkim lotem prosto do Buenos Aires.
Po sprawnym przejściu kontroli paszportowej wsiadamy do ubera, po drodze zgarniamy forumowicza @jaras724 i jedziemy do samego serca dzielnicy La Boca, pod stadion Boca Juniors. Zostawiamy bagaże w robocie u Gustavo, z którym złapałem kontakt przy okazji ostatniej wizyty w Buenos, a którą to opisywałem w ramach tej relacji w listopadzie. Na szczęście tylko kropi, bo synoptycy zapowiadali srogie opady. Kręcimy się więc po kolorowych uliczkach, kupujemy souveniry, pstrykamy pamiątkowe zdjęcia no i oczywiście gawędzimy o podróżach, kto co był i wogóle ;)
Jak już wcześniej wspominałem mini zlot wieńczymy argentyńskimi stejkami.
Te pare godzin mija bardzo szybko i musimy zawijać się spowrotem na lotnisko na lot do El Calafate, a forumowicz @jaras724 kopać się z wielbłądem i walczyć dalej z rejestracją drona u arabów.
W patagonii lądujemy już po dobranocce, więc tylko meldujemy się w hostelu i jedziemy na punkt widokowy zobaczyć zachód słońca oraz okazały, rozświetlony napis z nazwą miasta.

Kolejnego dnia wstajemy bardzo wcześnie, bo zaraz przed polskim południem i po szybkim śniadaniu jedziemy 80km do Parku Narodowego Petito Moreno (wstęp jednodniowy 45k AR$), gdzie pierwszą atrakcją była eksploracja lodowca za pomocą kajaków. Ubrani jak Pi i Sigma w nieprzemakalne kombinezony wsiadamy i wiosłujemy pod wiatr my zmierzyć się z masywem lodowca, miejscami wysokiego na 70m (to tyle co niższa wieża Kościoła Mariackiego w Krakowie).
Kilka razy jesteśmy świadkami obrywania się bloków lodowych, które z impetem wpadały do wody wyrzucając ją w górę na dobre 100 metrów!
Ciekawostka, w latach 1968-1988 odłamki lodu latającego w powietrzu po takich tąpnięciach... zabiły 32 osoby! Liczba rannych i tych mających spodnie do prania nie jest znana.
Kręcimy się troszkę pod lodowcem, jest też czas na zdjęcia, przepływamy wzdłuż czoła lodowca do zatoczki a następnie powoli wracamy w stronę bazy. W sumie cała trasa jaką pokonaliśmy to 6 kilometrów. Jako, że gentlemani o pieniądzach nie rozmawiają to powiem Wam, że koszt takiej imprezy to prawie tysiak (i to nie w pesos), ale było warto! Wrażenia niesamowite!
Następnie zmieniamy outfit i wyruszyamy w tym samym kierunku pieszo, by tym razem zobaczyć potęgę lodowca z perspektywy lądu. Z każdym krokiem i z każdym tarasem widokowym kiedy jesteśmy coraz bliżej widok coraz bardziej zapiera dech w piersiach. Nie mogę się na niego napatrzeć, mogłym tam stać godzinami. Trasa jest łatwa, bo prowadzi pomostami, a jedyna trudność to pokonywanie schodów w górę i w dół. Szliśmy tylko dołem bez odbijania w górę i nie robiliśmy pętli na końcu czerwonego szlaku i cała trasa to 5 km RT.
Jeśli ktoś z Was wybiera się tam i będzie miał tam kilka dni, to celujcie w słoneczną pogodę. Światło robi kosalną różnicę, którą widać od razu kiedy niebo pokryją chmury.
Na powrocie zatrzymujemy się w restauracji Isabel by spróbować mięsa z Guanaco. Jest pyszne, tylko porcją dwusosbową śmiało można nasycić się w 4 osoby.
Zmęczeni ale szczęśliwi kładziemy się do łóżek by zregenerować siły przed kolejnym dniem.Dzisiejszy poranek przeznaczyliśmy na wyspanie się po wczorajszych aktywnościach rekreacyjno-sportowych. W stronę lotniska na lot do USH mieliśmy wyruszyć dopiero po godzinie 14, więc do tego czasu postanowiliśmy pospacerować, pozaglądać do sklepów z pamiątkami i wypić kawę siedząc sobie na słoneczku. Na marginesie wczoraj na kajakach zjarało mnie jakbym był na Karaibach.
Zaglądnęliśmy też do kilku sklepów z herbatą, a w jednym z nich sympatyczna sprzedawczyni wytłumaczyła nam krok po kroku proces sypania i parzenia herbaty w tych charakterystycznych półokrągłych kubkach. Zaprosiła nas też na wieczór do siebie na degustację, ale niestety, jak już wyżej wspomniałem niebawem mieliśmy zawijać się na lotnisko. Jak będziecie we FTE to polecam Pueblo Matero, gdzie poznacie wiele niuansów nt mate, przykładowo z różnych kubków ta sama herbata różnie smakuje, a to ze względu na materiał z jakiego są wykonane. Swoją drogą wyobrażacie sobie włochów, którzy chodzą po ulicach z termosami by co 10 minut podjeść sobie z nich spagetti? :lol:
Na koniec pobytu udaliśmy się do Wanaco na empanady, porcja skladała się z 3 sztuk, każda z mięsem: carne, lamb oraz guanaco. Pyszne, polecam, a porcja taka, że śmiało można ten posiłek potraktować jako obiad.
Przyszedł czas kierować się w stronę lotniska, zatrzymujemy się by zabrać autostopowicza, ale gardzi naszą propozycją (kartke se typie napisz gdzie chcesz jechać, a nie zatrzymujesz każdy samochód). Lotnisko małe, lotów kilkanaście dziennie, więc i checkin i kontrola bezpieczeństwa przebiega sprawie. Nie ma problemu z przejściem jej z dużą, otwieraną wcześniej butelką wody.
W Ushuaia mamy jeszcze 4 godziny do zachodu słońca, które zachodzi po godzinie 22, więc spacerujemy po mieście, wysyłamy pocztówki i buszujemy w sklepach z pamiatkami. Niestety zaczyna kropić, więc udajemy się pod znak końca świata a potem na kolację, gdzie kelnerka udziela nam kilku cennych wskazówek na jutro.Dzisiejszy dzień upłynął na ostatnich zakupach pamiątek, dzięki którym będę wyglądał jak chodząca reklama Antarktydy. Próbowaliśmy lodów o smaku... Calafate. A w porcie już czeka na nas łajba, na którą zaokrętujemy się lada moment! W mieście jest też kapsuła czasu, ma być otwarta za 500 lat, a zawiera... nagrane odcinki jakiegoś serialu z 1992r :lol:


Popołudniem popłynęliśmy w czterogodzinny rejs by podglądać zwierzaki. Był też czas na krótki trekking oraz okazja do spróbowania "devils apple" prosto z krzaka. Dowiedziałem się także, że układ kolorów na latarni to nie przypadek czy kwestia estetyki, ale zakodowana informacja dla statków, z której strony należy ją omijać a której unikać. Ornitologiem nie jestem, więc nie będę tu przeklejał opisów z wikipedii o Kormoranach, ale za to zachęcam do obejrzenia fotek.Today is the Day!


Podobno jest net, ale słaby więc będę się starał odzywać w miarę na bieżąco

Ahoj przygodo!


Ps. Aktualną pozycję statku będzie można śledzić tutaj:
https://www.cruisemapper.com/ships/Ocean-Nova-1113Dobra, no to startujemy z pierwszą relacją live z Antarktydy :)

Wypłynięcie było zaplanowane na godzinę 18 ale w porcie należało pojawić się już między 15 a 16. Przyjechaliśmy chwilę przed 15 i przed bramą stała już spora kolejka. Wszystkie procedury i kontrole szły strasznie wolno, ale finalnie nadszedł moment wejścia na statek:



20260114_163746(0)_copy_900x1200.jpg




Po rozlokowaniu się w kabinach przyszedł czas na spotkanie z kapitanem i załogą, a także na trening bezpieczeństwa. Po 2 godzinach rejsu zacumowaliśmy na godzinę przy miasteczku Puerto Williams, gdzie była okazja pospacerować pustymi uliczkami. Wziąłem na noc prewencyjnie jedną tabletkę przeciw chorobie morskiej. Pozwoliła ona przespać noc bez żadnych incydentów, a delikatne kołysanie było odczuwane jak podczas jazdy pociągiem w kuszetce.
Rano przed śniadaniem wziąłem kolejną i tak mnie zmuliła, że wstałem przed 18 dopiero na kolację :lol:
Podczas wczorajszego wieczora i dzisiejszego dnia udało mi się jednak wziąć udział w prelekcjach: ogólnym o antarktydzie, historycznym o lokalnych indianach oraz odkryciach europejskich żeglarzy. Cała załoga to naukowcy i pasjonaci, jeden z członków ekipy był pierwszy raz na Antarktydzie e latach 70 ubiegłego wieku, a polarnikiem był taķże jego ojciec i dziadek. Jesteśmy w dobrych rękach.
Była też okazja odwiedzić mostek kapitana i na chwilę przejąć dowodzenie :)

Teraz właście skończyła się prelekcja naukowca, który siedział 18 miesięcy na Georgii Południowej obserwując tam orki, pingwiny oraz badając pod mikroskopem 2ki fok :)Średnio fale mają od 4 do 5 metrów wysokości. "Nasze" wczoraj miały 2,1m a dziś ledwo 1,7m. Drake jest więc dla nas łaskawy.
Mimo to już na wczorajszym śniadaniu widać było puste krzesła, co oznacza że niektórzy odpadli i zostali w kajutach.
U mnie, oprócz tego że jestem cały czas zamulony i najchętniej całą dobę bym przespał, wszystko git. Bełt counter zatrzymał się na zero i pewnie już tak zostanie, gdyż przepłynęliśmy już przez Drake'a i wpływamy na wody Antarktydy. Na horyzoncie widać już pierwsze kontury lądu. Mamy tam dopłynąć za jakieś pięć godzin, zacumować i rano po śniadaniu mamy pierwsze zejście na ląd.
A co było dzisiaj? Udało mi się wypatrzeć orkę, wydech (fontanne) wieloryba i bawiące się na falach pingwiny.
Wrzucam też speedtest, dla ciekawych tego jak tu net śmiga.Narazie mała zajawka, poźniej bedzie wiecejSetny dzień mojego projektu rozpoczął się godzinę wcześniej niż zazwyczaj a harmonorgam zawierał m.in. dwa zejścia na ląd na Halfmoon Island oraz na Yenkee Harbour. Pomiędzy nimi dla chętnych był polar plunge, w którym wzięło ponad połowę pasażerów.


IMG-20260117-WA0055_copy_678x1200.jpg



Nie przedłużam, oglądajcie:Podczas całej tej wyprawy, która trwa od października było kilka jubileuszy:
1 000 000 kilometrów w powietrzu
100 krajów
7 kontynentów

Należało to odpowiednio celebrować i tak powstały te oto gryzmoły:

(Poniżej jeden z naszych opiekunów podczas rejsu i jego tatuaż Antarktyczny)


20260116_103946_copy_900x1200.jpg



Tymczasem jesteśmy już w chilijskiej patagonii i niedługo pojawi się kolejny update.Ostatni dzień na pokładzie to już przygotowywanie się do powrotu do Chile. Ale jeszcze w międzyczasie dwóch najstarszych polarników zaprosiło wszystkich do Panorama Lounge gdzie dzielili się swoimi najlepszymi anegdotkami z pobytów na Antarktydzie i na Falklandach. Następnie przyszedł czas by wskoczyć do zodiaków, którymi dopłyniemy w pobliże lotniska. Na lądzie przejęły nas busiki, które zawiozły nas do namiotu-terminala. Tam dostępne było szybkie wifi oraz kącik z gorącą kawą i herbatą. Po krótkim oczekiwaniu znowu przejechaliśmy busikami, tym razem pod sam samolot w malowaniu w pingwina. We flocie linii są 4 takie, każdy z nich wymalowany w inny gatunek tego ptaka. Lot trwał równe dwie godziny, podczas którego każdy dostał lunchboxa z pingwinem oczywiście. W środku była toritilla z kurczakiem, wybór serów oraz szarlotka rabarbarowa.
Po przylocie do Punta Arenas sprawnie przeszliśmy kontrolę paszportową, odebraliśmy bagaże i udaliśmy się do hotelu Cabo de Hornos, w którym pobyt wliczony był w cenę rejsu.
Kolejnego dnia rano zabraliśmy się transferem na lotnisko gdzie odebraliśmy naszego pickupa i ruszyliśmy w ponad 200 km trasę do Puerto Natales. Po drodze mijaliśmy sporo rowerzystów, widać że jest to całkiem popularny sposób na przejechanie Patagonii. Do tego mnóstwo dzikich Guanaco i strusiów. Po szybkim zameldowaniu się w naszym hostelu obieramy kierunek na Jaskinie Milodona. Ta jest o-grom-na! Jak popatrzycie na zdjęcia to gdzieś tam na dole będą ludzie i banan dla skali. Samo dojście do niej jak i roztaczające się dookoła widoki są bardzo malowanicze. Po drodze też mijamy formację skalną zwaną Tronem Diabła.
Po powrocie do miasta spacerujemy jego uliczkami, stołujemy się w restauracji "Patagonia Foods" degustując łosia oraz hamburgera, który okazał się hamem bez burgera ale przynajmniej był smaczny. Spotykamy też przypadkiem polkę, która mieszka w Puerto Natales od 13 lat, poleca nam pare miejsc do odwiedzenia i zobaczenia. Po powrocie do hostelu łapiemy się z jedną chilijką spod Santiago, która jest tutaj turystycznie od kilku dni i udziela nam kilku cennych wskazówek. Klepiemy rejs na kolejny dzień kupujemy bilety do Torres del Paine i idziemy spać gdyż rejs zaczyna się już o 7 rano, a zbiórka wyznaczona jest poł godziny wcześniej.

Zgarniamy lunchboxa z recepcji i jedziemy do pobliskiego portu, gdzie czeka na nas już katamaran. Rejs w stronę lodowców trwa 2 godziny i buja nas bardziej niż na Drake'u. Sam szlak pod lodowiec to pętla o długości 2,5 km, bardzo łatwa do przejścia, a widoki są niesamowite. Następnie podpływamy pod drugi lodowiec, który topnieje tworząc wodospad. W drodze powrotnej podano właśnie łiskacza lub sok z 1000 letnim lodem z lodowca.Po powrocie z rejsu skumulowało nam się zmęcznie z ostatnich dni, tyle dobrze że obu osobom w tym samym czasie. Uderzamy więc w popłudniową kimę, a wiczorkiem spacerujemy po mieście a na kolację jemy pyszne quesadille w Mostacho.
Kolejnego dnia czyli wczoraj wstaliśmy wcześniej gdyż przed nami było 100 km trasy do parku Torres del Paine, gdzie pokonaliśmy ponad 22km z buta by zobaczyć trzy wieże i lagunę.
I jak nie jestem morsem ale na Antarktydzie wskoczyłem do wodyz tak tutaj też nie jestem żadnym górołazem ale trase zrobił bo jak jest się w Patagonii to trzeba.
Mi nogi do d wchodzą, a dla innych to będzie bułka z masłem więc nie udzielam tu żadnych fachowych porad, wspomnę jedynie że ostatni fragment szlaku z podejściem zamykany jest o 15 a spod laguny na dół wyganiają o 16.
Przy okazji też wspomnę, że dotarła do mnie kurtka puchowa, która zostawiłem w hostelu w El Calafate. Zgadsliśmy się na recepcji z pracownikiem a prywatnie kibicem Boca i myślę to zaważyło o tym że chciało mu się ją nadać autokarem do Puerto Natales :)Z powodu upośledzenia narządu ruchu jakim są nogi zdecydowaliśmy się dzisiaj na miradoring i objechaliśmy chyba wszystkie możliwe punkty widokowe. To co zastaliśmy przerosło nasze oczekiwania, a było tak:Kolejny dzień to poranny lot do Santiago de Chile trwający 6 godzin, a który cały przesypiam. Po zameldowaniu się w hotelu, ruszamy na miasto, w którym ja już byłem dwa razy, a które koleżankę nie zachwyciło. W Katedrze metropolitalnej przy Plaza de Armas miał być koncert, ale po półgodzinnym opóźnieniu rezygnujemy z dalszego czekania. Kręcimy się uliczkami pełnymi handlarzy, a następnie udajemy się do Centro Mercado, gdzie pysznie jemy w El Galeon.
Kolejny dzień to już Bogota, gdzie mamy całodniową przesiadkę. Znów kręcimy się kolorowymi uliczkami wokół Plaza Bolivar, kupujemy pamiątki a na zachód słońca mamy zaplanowany wjazd kolejką na Monserrate, jednak mgła spowija szczyt i nic nie widać. Wracamy więc na dół i jedziemy na lotnisko, gdzie w saloniku Avianki reklasujemy i posilamy się przed lotem do Londynu.
W Londynie z kolei mamy 4 godziny przesiadki, które spędzamy w saloniku Lufy.
Lot do Krakowa, który mam na osobnym bilecie stoi właśnie pod znakiem zapytania, bo wylot z Heathrow właśnie jest opóźniony a do tego z 4 rzędu wystrzelili mnie na sam koniec co w przypadku rękawa robi różnicę...


A już jutro wieczorem wrzucę podsumowanie wraz ze statystykami całego 100 dniowego projektu.Mam sam dla siebie dwie wiadomości: dobrą i złą. Zdążyłem pod gate, a nawet zdążyłem zajrzeć do saloniku. Niestety jednak bagaż został we Wawie, nie zdążyłem go odebrać, ani tym bardziej nadać, gdyż bagdrop był już zamknięty kiedy wylądowaliśmy. Na marginesie oklejony był naklejkami "short connection" i co? Zjechał z taśmy na samym końcu :lol:
Na locie z Londynu do Krakowa poczęstowano nas Putką (szpinak lub śliwka), wafelkiem oraz do wyboru herbata, soki lub woda. Jeśli chodzi o wcześniejsze loty Avianką czyli SCL-BOG oraz BOG-LHR, nie mam pojęcia co serwowano, a to ze względu na fakt, że przedłożyłem sen nad jedzenie.


20260125_194836_copy_1200x900.jpg



20260125_195225_copy_900x1200.jpg



20260125_224348_copy_900x1200.jpg



20260125_232418_copy_900x1200.jpg




Dorzucam też kilka fotek od "Pancho", oficjalnego fotografa naszej ekspedycji, a które dotarły do mnie wczoraj.
Te na których się załapałem + przyrodaZ jednej strony przykro, bo cała przygoda już za mną, a z drugiej strony satysfakcja, że wszystko przebiegło zgodnie z planem i nic się nie wysypało, a co przeżyłem to moje.

Czas na podsumowanie.

od października do stycznia:

-odwiedziłem 7 kontynentów
-przeleciałem 141 898 kilometrów
-odbyłem 61 lotów
-lecialem 24 liniami: Lot, Qatar Airlines, Philipine Airlines, Air Niugini, Solomon Airlines, Fiji Airlines, United, Caribbean Airlines, Sunrise Airways, Lufthansa, Wizzair, Avianca, JetSmart, Delta, Air France, easyJet, Ethiopian, Skyward Express, Uganda Airlines, Ryanair, Baltic, Aerolineas Argentinas, Antarctic Airways oraz Latam.
-leciałem 2x w C
-odwiedziłem 20 krajów (niektóre po kilka razy), w tym 12 nowych
-spaliłem kilaset tysięcy mil i aviosów

Czy do tego wydałem grube kilkadziesiąt tysięcy złotych? Być może :roll: Czy było warto? Na pewno! :mrgreen:

Dodaj Komentarz

Komentarze (36)

oskiboski 7 października 2025 23:08 Odpowiedz
No i zapowiada się jedna z najciekawszych relacji w tym .. A czekaj może i przyszłym roku. Trzymam kciuki by wszystkie kreski udało się wylatać i ten patriotyczny start LO. Mi zostało 100k km w tym roku do wylatania :lol: :
hiszpan 7 października 2025 23:08 Odpowiedz
Hmm brakuje mi kreski na dół do Ameryki Południowej … chyba że planujesz atakować Antarktydę w jakiś niespodziewany dla nas sposób?
kri 7 października 2025 23:08 Odpowiedz
No właśnie, gdzie w tym wszystkim jest Antarktyda?Ile kosztowało poskładanie całego RTW? Wiem, wiem, konfiguracja $$ + mile, ale coś w przybliżeniu chociaż napisz :)Zrób jakąś rozpiskę skąd, czym i kiedy lecisz.
dmirstek 7 października 2025 23:08 Odpowiedz
Nie czytacie uważnie ;-) Antarktyda będzie na osobnej wyprawie, to pierwszy akt.Dla ciekawskich - dalsze loty można podejrzeć na społeczności: https://102470.fly4free.pl/trochę tego jest ;-)
tarman 7 października 2025 23:08 Odpowiedz
No i pytanie czy będzie jakiś odcinek kajakiem? [emoji6]
pabien 7 października 2025 23:08 Odpowiedz
To nie ten forumowicz
elwirka 8 października 2025 12:08 Odpowiedz
To ten forumowicz. Kajak nadany więc czekam z niecierpliwością na relację;-)
kri 9 października 2025 17:08 Odpowiedz
Trzeba było tak kombinować z RTW, żeby wziąć C jako ostatni fragment wyprawy. Wtedy na sam koniec byś wypoczął [emoji23] Pocieszam się, że i tak lepiej latać w Y, niż nie latać w ogóle.
elwirka 9 października 2025 17:08 Odpowiedz
@Kri$ A ja uważam, że wprost przeciwnie. Wyprawę trzeba rozpocząć w wielkim stylu, by nastroić się pozytywnie na trudy podróży. Jak wracasz do domu z plecakiem brudnych ciuchów na grzbiecie, to jest ci już obojętne czym lecisz. Mogą być nawet drzwi od stodoły;-)
tropikey 9 października 2025 17:08 Odpowiedz
Pogodzę Was.... Najlepiej w obie strony :D
marek2011 10 października 2025 05:08 Odpowiedz
A naj najlepiej to całą trasę ;-) BTW. Jeśli chodzi o welcome drinki w QR to załoga oczywiście chodzi ze standardowym zestawem zwykle typu woda, jakiś sok, lemon mint, podpowie rzecz jasna też szampana, ale można poprosić o wszystko czego się chce : bez problemu przygotują np. alkoholowy koktajl, mrożoną kawę czy jakieś inne fiziu miziu (chyba że na danym lotnisku nie można z przyczyn formalno-celno-jakiś tam otwierać alkoholi - tak jest w niektórych krajach, nie dotyczy to rzecz jasna WAW). I tu oczami wyobraźni widzę załogi AA czy UA w podobnej sytuacji, które się zwykle drą swoim pracodawcom, że w ogóle muszą jakieś napoje w plastikowych kubkach przed startem roznosić ;-))
piotrkr 10 października 2025 12:08 Odpowiedz
Trochę zaczynam rozumieć czemu ludzie kombinują, zbierają mile, status matche itp...
cart 11 października 2025 12:08 Odpowiedz
Kraj odhaczony? :)
elgigio 11 października 2025 17:08 Odpowiedz
Zastanawia mnie zasadność tej tułaczki tam i z powrotem na Cebu, mając na miejscu tylko jeden dzień. W okolicach Dumaguete jest dużo fajnych wodospadów jak Casaroro czy przy Red Rock Hot Springs:
102470 12 października 2025 12:08 Odpowiedz
Osobny post na odpowiedzi, żeby nie był częścią relacji: @kri$  - z konta w banku ubyło mi jakieś 2500zl na wszystkie loty @tropikey - miałem też C na powrocie, ale zmieniłem plany, nie uprzedam faktów, dowiecie się już za dwa tygodnie@marek2011 chciałbym kiedyś :) może za rok@cart - odsraczony, bedę musiał kiedyś wrócić (btw, był gdzieś temat jak kto "liczy" kraje?)@elgigio - lepsza doba na Dumaguete, niż dwie w Manili, a że pogoda pokrzyżowała plany? Miało wyjść inaczej
cart 12 października 2025 17:08 Odpowiedz
Tymi rozkładami to tam mieszają sporo. Nie warto kupować biletów na pół roku wprzód i układać skomplikowanej trasy.
hiszpan 15 października 2025 23:08 Odpowiedz
A udało Ci się zrobić jakąś fotkę tej bioluminescencji? Bo to, że zdjęcia w necie są podrasowane to raczej wiadomo. Ogólnie czy warto? (pomijając kwestię samej wycieczki kajakiem oczywiście)
legion1 16 października 2025 12:08 Odpowiedz
@marcin.krakow ile wynajem quada?
sliwa122 21 października 2025 23:08 Odpowiedz
Marcin zazdro piękna podróż, czekam na relacje z hoppera :)
cart 23 października 2025 12:08 Odpowiedz
Taki hopper po wyspach karaibskich ma sens, jeśli na każdej wyspie wynajmiesz samochód. Wiadomo, że koszty idą do góry, ale czy wrócisz w te miejsca? Barbados może nie jest jakimś super ciekawym miejscem, ale w dzień da się obskoczyć wyspę samochodem i zobaczyć najważniejsze rzeczy. Ja tak zwiedziłem wszystkie wyspy Antyli.
102470 23 października 2025 23:08 Odpowiedz
Jasna sprawa, ale od czasów wypadku mam jakąś traumę i jeżdżenie autem to dla mnie jedna z dwóch najbardziej stresujących rzeczy na świecie. Ktoś może napisać "ja nawet dachowałem i jakoś dalej jeżdżę" - to super ale ja nie. Jeden sie boi pająków, drugi latać a trzeci prowadzić
marek2011 28 października 2025 05:08 Odpowiedz
Na tyle kubków to konkretny space w bagażu musiał być ?
elwirka 6 listopada 2025 17:08 Odpowiedz
Szczerze gratuluję tego miliona;-)
tarman 6 listopada 2025 17:08 Odpowiedz
Również dołączam się do @elwirka z gratulacjami [emoji123][emoji3575][emoji273][emoji122]
msala 6 listopada 2025 23:08 Odpowiedz
Gratulacje!. Milion, to brzmi.Odważnie podszedłeś do tego wylotu z KRK o 5:30, mając następny odcinek do BOG już o 12:30 :) Ja bym nie zaryzykował w listopadzie.
cart 8 listopada 2025 12:08 Odpowiedz
a myślałem, że to ja intensywnie podróżuję :D
mihal09 26 listopada 2025 12:08 Odpowiedz
Gratulacje miliona!Od razu zadam pytanie, ile wyniósł Cie bilet na Boca i jak to ogarnąłeś? Mogłeś sobie robić tam zdjęcia?
mihal09 28 listopada 2025 12:08 Odpowiedz
Dzięki. Tak właśnie słyszałem, że na ostatni mecz trzeba było liczyć koło 300-450. Natomiast co do nagrywania jestem zaskoczony, bo był okres że bardzo gonili za takie coś.
tomaszl75 7 stycznia 2026 05:08 Odpowiedz
@marcin.krakow Wracając do tripu z Kenii to dziękuje za info o lotach z NBO do UKA bo nieświadomy tych rejsów kupiłbym NBO - MBA udajac sie w okolicę Diani Beach
elwirka 7 stycznia 2026 23:08 Odpowiedz
To ta część, na ktorą najbardziej czekam;-)
marek2011 8 stycznia 2026 23:08 Odpowiedz
Wittchen to niestety zrobiło się straszne dziadostwo pod kątem jakości - pamiętam ich pierwsze walizki, które miały nie tylko sensowny design, ale potrafiły służyć przez dobrych wiele lat intensywnego podróżowania (jedną taką już mocno poobijaną kabinówkę sprzed jakiś 15 lat mam nadal i zdarza mi się z niej ciągle czasem korzystać).
cart 9 stycznia 2026 12:08 Odpowiedz
@marek2011 +1. Mam taką sprzed 20 lat, jest pancerna i dalej jest moją podstawową walizką. A zamek ma 2x grubszy niż obecne...
cart 16 stycznia 2026 12:08 Odpowiedz
A z jakiej firmy płyniesz?
abelincoln 20 stycznia 2026 17:10 Odpowiedz
marcin.krakow napisał:Po drodze mijaliśmy sporo rowerzystów, widać że jest to całkiem popularny sposób na przejechanie Patagonii.Ciekawe, pod koniec zeszłego roku pokonywałem (samochodem) trasę Punta Arenas-Puerto Natales-Torres del Paine RT i żadnego roweru po drodze nie spotkałem - ciekawe czy to sezonowość czy powininem poszukać okulisty :D
jaras724 26 stycznia 2026 12:08 Odpowiedz
Czekam z niecierpliwością na to podsumowanie:)
gadekk 26 stycznia 2026 23:08 Odpowiedz
Dobra @marcin.krakow, dawaj najsmutniejszą część relacji - podsumowanie kosztów :)