Zanim zacznę, uwaga techniczna: Jeśli komuś tekst w przeglądarce ładuje się w niewygodny sposób, to winny jest link z youtube. Z linków do muzyki nie chcę jednakoż rezygnować, a problem występuje chyba tylko w przypadku czytania na telefonie bez użycia tapatalk. W takiej sytuacji radzę otworzyć relację przy pomocy forumowej opcji "Widok do druku" (niebieski pasek komend kilka centymetrów nad tą informacją). Będzie dużo łatwiej czytać.
Jest styczeń 2026. Mam czas, a bilety do Kiszyniowa chodzą za pięć dych z Kazimierzem Wielkim. Nigdy nie byłem w Mołdawii, a wiem, że chcę. Kupuję bilet na za tydzień, wstrzymując się z zakupem powrotnego. Zakładam, że już na miejscu zadecyduję o tym, kiedy i skąd. Proponuję wyjazd dwóm kolegom, bo a nuż. Zgodnie z przewidywaniem obaj by chcieli. Ale nie mogą. Trudno, co robić.
W ramach przygotowań instaluję w telefonie Easy Way, na Maps.me ściągam mapę Mołdawii offline, upewniam się, że YandexGo jest ciągle zainstalowany i bangla. Kupuję eSIM mołdawskiego Orange, po czym przypominam sobie, że od stycznia Mołdawia i Ukraina są w unijnej strefie roamingowej. Dyszka w plecy, ale w sumie przydaje się później ten eSIM w Naddniestrzu.
Pamięcią sięgam, co tam o Mołdawii mówiło się ostatnimi czasy w podcastach u Pana Darka oraz OSW. Mówiło się sporo, bo odbywały się w tym kraju w zeszłym roku bardzo ciekawe i ważne wybory. Zamawiam dwie książki. Obie z czarno-białej serii wydawnictwa Czarne. „Mołdawia. Państwo niekonieczne” Kamila Całusa i „Naddniestrze. Terror tożsamości” Piotra Oleksego. Obie czyta się znakomicie, świetnie przybliżają rejon i są kopalnią informacji o Mołdawii i Naddniestrzu.
Strasznie dużo czasu spędzam selekcjonując noclegi. Przy okazji wpatruję się w mapę. Próbuję ułożyć plan na wycieczkę w miarę komfortową acz niedrogą, tempem niezbyt szybkim ale bez spędzania przesadnie długiego czasu w transporcie i mając na uwadze, że zima nie odpuści. W dniu wyjazdu mam zarezerwowany jedynie pierwszy nocleg i preselekcję miejsc, w których można się zatrzymać później. Z tymi noclegami w Mołdawii jest dość specyficznie. Zazwyczaj (zawsze?) płaci się na miejscu w gotówce. Ma to plusy (każda rezerwacja jest w praktyce zawsze do odwołania), jak i minusy (trzeba motać gotówkę). Niektórzy najemcy celowo rozbijają cenę rezerwacji na tani wynajem (typu 1 euro) i drogi „podatek” (typu cała reszta ceny), by zapłacić jak najmniejszą prowizję, co utrudnia porównywanie ofert. No i czasem zdarzają się sytuacje w stylu „nie mamy pańskiej rezerwacji”. Dobrze rzucić okiem na recenzje przed podjęciem decyzji.
widzicie tura?
Ponieważ w mołdawskich bankomatach prowizje są chyba nie do uniknięcia, zabieram na wyjazd od dawna czekające na taki dzień zaskórniaki z królową Elżbietą. Wiele rodzin w Mołdawii funkcjonuje w dużej mierze dzięki pieniądzom zarabianym poza granicami kraju. Szacuje się, że 1/3 narodu mieszka lub pracuje gdzieś za granicą. W związku z tym kantory i banki są częstym elementem miejskiego pejzażu i przyjmują całkiem sporo walut. Stawki są przeważnie w porządku. W większości miejsc możliwe są płatności kartą (wyjątki: targowiska, transport, noclegi). Na lotnisku przyjacielem jest kantor Maib, gdzie ceny są prawie takie jak na mieście (choć ciut gorsze).
Uff, dość tych przygotowań. Pora ruszyć w drogę.
Dzień I – Cicinau
WRO - RMO 15/01/2026 14:15 - 17:05
RMO to jest to samo lotnisko, które wcześniej posługiwało się kodem KIV. Kod zmieniono w 2024. KIV – bo Кишинёв vel Kishinev. RMO – bo Republica MOldova. Od czerwca 2025 lotnisko nosi imię kompozytora Eugena Dogi – autora muzyki do wielu filmów, teatru, baletu, opery. Artysta urodził się i zmarł w Mołdawii i przez większość życia był związany z Kiszyniowem, więc patronat nad lotniskiem pasuje do niego idealnie.
Patrząc na listę odznaczeń, którymi w swoim niemal 90-letnim życiu wyróżniony został Doga, trudno nie pomyśleć, jak ciekawy był wiek XX dla kwestii tożsamości, narodowości, historii w Mołdawii. W 1987 roku kompozytor otrzymał tytuł Ludowego Artysty ZSRR. W 1997 uhonorowano go Orderem Republiki – najwyższym odznaczeniem mołdawskim za wybitne zasługi na rzecz Mołdawii i ludzkości. W 2004 otrzymał Order Narodowy Gwiazdy Rumunii. W 2008 rosyjski Order Za Zasługi dla Ojczyzny IV klasy, a 10 lat później jeszcze Order Aleksandra Newskiego.
Dzieje Mołdawii są pokręcone i można by o tym długo. Nazwa państwa nawiązuje do Hospodarstwa Mołdawskiego, które było lokalną potęgą pod koniec średniowiecza, szczególnie za panowania Stefana Wielkiego, a w późniejszych stuleciach popadło w zależność od Imperium Osmańskiego. W 1812 roku na skutek wojny rosyjsko – tureckiej terytorium Besarabii (czyli dzisiejsza Mołdawia i Budziak) przechodzi pod panowanie Rosji, pod którym pozostaje do końca pierwszej wojny światowej. W 1918 roku Besarabia zostaje przyłączona do Rumunii.
W pakcie Ribbentrop -Mołotow Niemcy godzą się na uznanie Besarabii (i północnej Bukowiny) za strefę wpływów radzieckich. Stalin długo nie czeka. W 1940 roku zajmuje Besarabię i łączy ją z terenem na wschodnim brzegu Dniestru (dzisiejsze Naddniestrze), powołując Mołdawską SRR. Gdy w 1941 Hitler decyduje się uderzyć na Związek Radziecki, Rumuni odbijają teren Mołdawii i idą dalej, prawie do Krymu. Ostatecznie czarne przegrywa, czerwone wygrywa i wojna się kończy, a Mołdawska SRR pozostaje częścią ZSRR. Gdy Sojuz rozpada się pod własnym ciężarem, w 1991 roku Mołdawia uzyskuje niepodległość. I nie do końca wie, co z nią zrobić.
W lotniskowym trolejbusie jest ciasno, ale jakoś wbijam się na miejsce siedzące. Kilkoro młodych Hiszpanów przez większość podróży radośnie studiuje przeróżne napisy wpadające im w oko. Odkrywają właśnie, że język mołdawski wcale nie jest słowiański, czego chyba oczekiwali, a taki bardziej romański (konkretnie to rumuński) i idzie coś tam zrozumieć, albo znaleźć coś dwuznacznie zabawnego. Czymś takim jest fraza parculo de troleibuz wyrwana z kontekstu jakiegoś regulaminu naklejonego na szybę, która wywołuje salwy śmiechu. Później z pomocą koleżanki biegłej w hiszpańskim udaje mi się to zrozumieć. Hiszpanie przekręcają tez nazwę mołdawskiej stolicy. Myślę, że dla beki mówią „Cicinau”… I to już ze mną zostaje. Od tej pory jak widzę Chișinău, to w głowie czytam „Cicinau”. Nic nie poradzę.
Pierwszy i jedyny zarezerwowany nocleg mam w hostelu o skromnej nazwie Amazing Ionica. Mimo że rzadko korzystam z hosteli, zdecydowałem się tak zacząć, bo czasem fajnie poznać kogoś na starcie, nawet zamienić kilka zdań, a o takie sytuacje łatwiej w hostelu. Do tego właściciel oferuje jednodniowe wycieczki do Naddniestrza, winnic i monastyrów. Oferuje je dość namiętnie, przed przyjazdem przypomniano mi o nich kilkukrotnie. Wycieczki mają ciekawy plan, ale również dość tłustą cenę. O ile nie skorzystałem z samej oferty, to rzuciłem okiem na to, co zawiera pakiet i wykorzystałem później w swoich planach. Więcej na temat wycieczek, które oferuje Rubens, napiszę w odpowiednim wątku.
Wieczorem pierwszy spacer po centrum miasta. Stefan Wielki pokryty warstwą śniegu patrzy na jarmark bożonarodzeniowy, ludzie raczą się grzanym winem. Miasto ratuje się od zimowej deprechy lampkami świątecznymi. Niektóre trolejbusy wyglądają jak choinki na kółkach. W restauracji La Placinte wszystkie stoliki zajęte. Za 10 minut będzie miejsce. Zachodzę do sklepu. Nie mam w planach wizyt w słynnych winnicach i destylarniach Mołdawii, ale nie ma Cicinau bez divin, czy jakoś tak, postanawiam więc na własną ręką „zwiedzać” mołdawskie koniaki dostępne w sklepach w poręcznym formacie 0,2. Ich butelki mają fajny kształt zwiększonej piersiówki, który idealnie mieści się w kieszeni. Zwiedzanie rozpoczynam od 5-letniego Tezaur. Jest dość ostry w smaku, trochę wykrzywia ryja w pierwszym kontakcie, ale na końcu pojawia się słodycz. Z takim przyjacielem w kieszeni decyduję się pójść do innego lokalu La Placinte, poza centrum. Tam miejsca dużo. Zamawiam stanowczo za dużo jedzenia, ale jakoś sobie z tym radzę. Wszystko jest bardzo smaczne, ale szczególnie do gustu przypada mi sałatka z tartych buraków z sosem jogurtowym i orzechami włoskimi. Piwo kiszyniowskie z kija tez niczego sobie. Potem z przepełnionym brzuchem powolutku wracam do hostelu.
Hostel jak hostel – w dormach zasłonki, lampki i półka, którą można zmienić w ministolik. Jest czysto, ale (zimą) przestrzeń wspólna i kuchnia trochę ciasne. Decyduję się dorzucić kilka euro i na kolejną noc kupić sobie więcej prywatności. Utwierdzę się w tej decyzji, gdy o drugiej w nocy jakiś nowo przybyły typ niemożebnie i bez jakiejkolwiek empatii tłucze się po pokoju moszcząc swoje gniazdo.
Jeśli komuś tekst w przeglądarce ładuje się w niewygodny sposób, to winny jest link z youtube. Z linków do muzyki nie chcę jednakoż rezygnować, a problem występuje chyba tylko w przypadku czytania na telefonie bez użycia tapatalk.
W takiej sytuacji radzę otworzyć relację przy pomocy forumowej opcji "Widok do druku" (niebieski pasek komend kilka centymetrów nad tą informacją). Będzie dużo łatwiej czytać.
Jest styczeń 2026. Mam czas, a bilety do Kiszyniowa chodzą za pięć dych z Kazimierzem Wielkim. Nigdy nie byłem w Mołdawii, a wiem, że chcę. Kupuję bilet na za tydzień, wstrzymując się z zakupem powrotnego. Zakładam, że już na miejscu zadecyduję o tym, kiedy i skąd. Proponuję wyjazd dwóm kolegom, bo a nuż. Zgodnie z przewidywaniem obaj by chcieli. Ale nie mogą. Trudno, co robić.
W ramach przygotowań instaluję w telefonie Easy Way, na Maps.me ściągam mapę Mołdawii offline, upewniam się, że YandexGo jest ciągle zainstalowany i bangla. Kupuję eSIM mołdawskiego Orange, po czym przypominam sobie, że od stycznia Mołdawia i Ukraina są w unijnej strefie roamingowej. Dyszka w plecy, ale w sumie przydaje się później ten eSIM w Naddniestrzu.
Pamięcią sięgam, co tam o Mołdawii mówiło się ostatnimi czasy w podcastach u Pana Darka oraz OSW. Mówiło się sporo, bo odbywały się w tym kraju w zeszłym roku bardzo ciekawe i ważne wybory. Zamawiam dwie książki. Obie z czarno-białej serii wydawnictwa Czarne. „Mołdawia. Państwo niekonieczne” Kamila Całusa i „Naddniestrze. Terror tożsamości” Piotra Oleksego. Obie czyta się znakomicie, świetnie przybliżają rejon i są kopalnią informacji o Mołdawii i Naddniestrzu.
Strasznie dużo czasu spędzam selekcjonując noclegi. Przy okazji wpatruję się w mapę. Próbuję ułożyć plan na wycieczkę w miarę komfortową acz niedrogą, tempem niezbyt szybkim ale bez spędzania przesadnie długiego czasu w transporcie i mając na uwadze, że zima nie odpuści. W dniu wyjazdu mam zarezerwowany jedynie pierwszy nocleg i preselekcję miejsc, w których można się zatrzymać później. Z tymi noclegami w Mołdawii jest dość specyficznie. Zazwyczaj (zawsze?) płaci się na miejscu w gotówce. Ma to plusy (każda rezerwacja jest w praktyce zawsze do odwołania), jak i minusy (trzeba motać gotówkę). Niektórzy najemcy celowo rozbijają cenę rezerwacji na tani wynajem (typu 1 euro) i drogi „podatek” (typu cała reszta ceny), by zapłacić jak najmniejszą prowizję, co utrudnia porównywanie ofert. No i czasem zdarzają się sytuacje w stylu „nie mamy pańskiej rezerwacji”. Dobrze rzucić okiem na recenzje przed podjęciem decyzji.
widzicie tura?
Ponieważ w mołdawskich bankomatach prowizje są chyba nie do uniknięcia, zabieram na wyjazd od dawna czekające na taki dzień zaskórniaki z królową Elżbietą. Wiele rodzin w Mołdawii funkcjonuje w dużej mierze dzięki pieniądzom zarabianym poza granicami kraju. Szacuje się, że 1/3 narodu mieszka lub pracuje gdzieś za granicą. W związku z tym kantory i banki są częstym elementem miejskiego pejzażu i przyjmują całkiem sporo walut. Stawki są przeważnie w porządku. W większości miejsc możliwe są płatności kartą (wyjątki: targowiska, transport, noclegi). Na lotnisku przyjacielem jest kantor Maib, gdzie ceny są prawie takie jak na mieście (choć ciut gorsze).
Uff, dość tych przygotowań. Pora ruszyć w drogę.
Dzień I – Cicinau
WRO - RMO 15/01/2026 14:15 - 17:05
RMO to jest to samo lotnisko, które wcześniej posługiwało się kodem KIV. Kod zmieniono w 2024. KIV – bo Кишинёв vel Kishinev. RMO – bo Republica MOldova. Od czerwca 2025 lotnisko nosi imię kompozytora Eugena Dogi – autora muzyki do wielu filmów, teatru, baletu, opery. Artysta urodził się i zmarł w Mołdawii i przez większość życia był związany z Kiszyniowem, więc patronat nad lotniskiem pasuje do niego idealnie.
https://youtube.com/watch?v=Rs6GE8mBX24
Patrząc na listę odznaczeń, którymi w swoim niemal 90-letnim życiu wyróżniony został Doga, trudno nie pomyśleć, jak ciekawy był wiek XX dla kwestii tożsamości, narodowości, historii w Mołdawii. W 1987 roku kompozytor otrzymał tytuł Ludowego Artysty ZSRR. W 1997 uhonorowano go Orderem Republiki – najwyższym odznaczeniem mołdawskim za wybitne zasługi na rzecz Mołdawii i ludzkości. W 2004 otrzymał Order Narodowy Gwiazdy Rumunii. W 2008 rosyjski Order Za Zasługi dla Ojczyzny IV klasy, a 10 lat później jeszcze Order Aleksandra Newskiego.
Dzieje Mołdawii są pokręcone i można by o tym długo. Nazwa państwa nawiązuje do Hospodarstwa Mołdawskiego, które było lokalną potęgą pod koniec średniowiecza, szczególnie za panowania Stefana Wielkiego, a w późniejszych stuleciach popadło w zależność od Imperium Osmańskiego. W 1812 roku na skutek wojny rosyjsko – tureckiej terytorium Besarabii (czyli dzisiejsza Mołdawia i Budziak) przechodzi pod panowanie Rosji, pod którym pozostaje do końca pierwszej wojny światowej. W 1918 roku Besarabia zostaje przyłączona do Rumunii.
W pakcie Ribbentrop -Mołotow Niemcy godzą się na uznanie Besarabii (i północnej Bukowiny) za strefę wpływów radzieckich. Stalin długo nie czeka. W 1940 roku zajmuje Besarabię i łączy ją z terenem na wschodnim brzegu Dniestru (dzisiejsze Naddniestrze), powołując Mołdawską SRR. Gdy w 1941 Hitler decyduje się uderzyć na Związek Radziecki, Rumuni odbijają teren Mołdawii i idą dalej, prawie do Krymu. Ostatecznie czarne przegrywa, czerwone wygrywa i wojna się kończy, a Mołdawska SRR pozostaje częścią ZSRR. Gdy Sojuz rozpada się pod własnym ciężarem, w 1991 roku Mołdawia uzyskuje niepodległość. I nie do końca wie, co z nią zrobić.
W lotniskowym trolejbusie jest ciasno, ale jakoś wbijam się na miejsce siedzące. Kilkoro młodych Hiszpanów przez większość podróży radośnie studiuje przeróżne napisy wpadające im w oko. Odkrywają właśnie, że język mołdawski wcale nie jest słowiański, czego chyba oczekiwali, a taki bardziej romański (konkretnie to rumuński) i idzie coś tam zrozumieć, albo znaleźć coś dwuznacznie zabawnego. Czymś takim jest fraza parculo de troleibuz wyrwana z kontekstu jakiegoś regulaminu naklejonego na szybę, która wywołuje salwy śmiechu. Później z pomocą koleżanki biegłej w hiszpańskim udaje mi się to zrozumieć. Hiszpanie przekręcają tez nazwę mołdawskiej stolicy. Myślę, że dla beki mówią „Cicinau”… I to już ze mną zostaje. Od tej pory jak widzę Chișinău, to w głowie czytam „Cicinau”. Nic nie poradzę.
Pierwszy i jedyny zarezerwowany nocleg mam w hostelu o skromnej nazwie Amazing Ionica. Mimo że rzadko korzystam z hosteli, zdecydowałem się tak zacząć, bo czasem fajnie poznać kogoś na starcie, nawet zamienić kilka zdań, a o takie sytuacje łatwiej w hostelu. Do tego właściciel oferuje jednodniowe wycieczki do Naddniestrza, winnic i monastyrów. Oferuje je dość namiętnie, przed przyjazdem przypomniano mi o nich kilkukrotnie. Wycieczki mają ciekawy plan, ale również dość tłustą cenę. O ile nie skorzystałem z samej oferty, to rzuciłem okiem na to, co zawiera pakiet i wykorzystałem później w swoich planach. Więcej na temat wycieczek, które oferuje Rubens, napiszę w odpowiednim wątku.
Wieczorem pierwszy spacer po centrum miasta. Stefan Wielki pokryty warstwą śniegu patrzy na jarmark bożonarodzeniowy, ludzie raczą się grzanym winem. Miasto ratuje się od zimowej deprechy lampkami świątecznymi. Niektóre trolejbusy wyglądają jak choinki na kółkach. W restauracji La Placinte wszystkie stoliki zajęte. Za 10 minut będzie miejsce. Zachodzę do sklepu. Nie mam w planach wizyt w słynnych winnicach i destylarniach Mołdawii, ale nie ma Cicinau bez divin, czy jakoś tak, postanawiam więc na własną ręką „zwiedzać” mołdawskie koniaki dostępne w sklepach w poręcznym formacie 0,2. Ich butelki mają fajny kształt zwiększonej piersiówki, który idealnie mieści się w kieszeni. Zwiedzanie rozpoczynam od 5-letniego Tezaur. Jest dość ostry w smaku, trochę wykrzywia ryja w pierwszym kontakcie, ale na końcu pojawia się słodycz. Z takim przyjacielem w kieszeni decyduję się pójść do innego lokalu La Placinte, poza centrum. Tam miejsca dużo. Zamawiam stanowczo za dużo jedzenia, ale jakoś sobie z tym radzę. Wszystko jest bardzo smaczne, ale szczególnie do gustu przypada mi sałatka z tartych buraków z sosem jogurtowym i orzechami włoskimi. Piwo kiszyniowskie z kija tez niczego sobie. Potem z przepełnionym brzuchem powolutku wracam do hostelu.
Hostel jak hostel – w dormach zasłonki, lampki i półka, którą można zmienić w ministolik. Jest czysto, ale (zimą) przestrzeń wspólna i kuchnia trochę ciasne. Decyduję się dorzucić kilka euro i na kolejną noc kupić sobie więcej prywatności. Utwierdzę się w tej decyzji, gdy o drugiej w nocy jakiś nowo przybyły typ niemożebnie i bez jakiejkolwiek empatii tłucze się po pokoju moszcząc swoje gniazdo.