+2
TikTak 22 lipca 2016 14:35
Image

Dym dość skutecznie momentami przesłaniał drogę, trzask pękających od gorąca gałęzi przebijał się
przez głos silnika, w powietrzu krążyły coraz większe gromady padlinożerców.
Widzieliśmy już ślady po pożarach leśnych, zdążyliśmy się też napatrzeć na dymy unoszące się gdzieś, hen:
w Australii pożary lasu są traktowane jako normalny element przyrody.
Ale do tej pory nie przyszło mi zastanawiać się, czy aby nie czas pomyśleć o ucieczce ...

Doszliśmy do wniosku, że jednak nie, nie będziemy zawracać.
Kemping w Merl okazał się najbardziej odlotowym kempingiem, na jakim kiedykolwiek spałem.
Początkowo wystraszył nas jeszcze bardziej niż pożar ale spędzoną tu noc wspominamy jako
jedno z najciekawszych i najmilszych przeżyć australijskich.

Na kempingu nie ma prądu.
W zasadzie jest to gęsty, tropikalny las, w którym tu i ówdzie wycięto zatoczki do ustawienia
kampera lub przyczepy.
Las jest żywy - wszelkie boże stworzenie kłębi się w nim i wrzeszczy, kwili, terkocze, jęczy, gdacze,
kracze, piszczy na cały głos.
Im robi się ciemniej - tym hałas bardziej się wzmaga.
Jedyne światło tutaj - to księżyc i gwiazdy.
Ten pierwszy - trochę inny, niż zdążyliśmy przywyknąć:

ImageDzień 8

Niemilknące odgłosy zwierząt, wpychające się pod samochód bananowce
i pandany, nad wyraz towarzyskie komary - spowodowały, że zaczęliśmy się
czuć jak podróżnicy i, co za tym idzie, trochę pęcznieć z dumy.

Wszystko zepsuła toaleta.

Okazało się, że jeżeli przedrzeć się przez krzaki - znajdziemy niemal nowy budyneczek.
A w nim - zmywalnia, prysznice, umywalki, kibelki.
Nie ma prądu - ale wszystko działa dzięki zmyślnym, napędzanym ręcznie mechanizmom.
Źródłem wody jest zbiornik umieszczony na stalowych słupach.
Jak głosiła wywieszka - pora deszczowa nie była obfita w opady, nie napełnił się on
w tym roku jak trzeba - w związku z tym uprasza się o oszczędne korzystanie z wody.

Na dodatek wszystko pachniało, lśniło czystością i funkcjonowało niezawodnie.
I to mają być dzikie ostępy Australii ??!!:? :? :?

Image

Do Skały Ubirr jest tylko 5-10 minut drogi samochodem.
Szlak jest łatwy, jeżeli zrezygnować z wejścia na skałę - chodzi się jak po plantach w Krakowie.

Image

Wg informacji turystycznej, do przejścia wyznaczonej trasy wystarczy godzina, półtorej, jednak miejsce jest tak
urokliwe, że warto zarezerwować sobie trochę więcej czasu, żeby wystarczyło go na pokontemplowanie
widoków.

Skały utworzyły tu naturalne zadaszenie i to pewnie może tłumaczyć, dlaczego akurat tutaj Aborygeni
mieli ochotę wyżywać się artystycznie.

Image

Image

Image

Swoją drogą, to zastanawiam się, czy te malunki to każdy sobie robił sam w swojej jaskini, czy był
jakiś wioskowy artysta i świadczył usługi malarsko-dekoracyjne?
Obstawiałbym to drugie.

Image

Image

Galerie naskalne są w kilku miejscach.
Za pierwszą z nich można odbić nieco w bok i wspiąć się na Skałę Ubirr.

Image

Image

Widok Ziemi Arnhem trochę odpowiada moim wyobrażeniom na temat Góry Nebo i Ziemi Obiecanej.

Image

Image

Image

ImageDalsza część szlaku, po zejściu ze skały, jest podobna do parku,
ogrodu botanicznego albo jakiejś innej, cywilizowanej atrakcji.
Bardzo to kontrastuje z faktem, że Ubirr znajduje się na kompletnym odludziu.

Image

Z jakiegoś powodu nazwy rzek w Kakadu są towarem deficytowym, z reguły nazywają się one:
Aligator albo Mary River, więc trzeba bardzo uważać, żeby się nie pomylić.
Niedaleko od Ubirr płynie East Aligator.
Aligatorom w Aligatorze można poprzyglądać się z wynajętej łódki - rejs połączony z pogadanką
nt. kultury aborygeńskiej i eksperymentami pirotechnicznymi, polegającymi na rozpalaniu ogniska
przy pomocy dwóch drewienek - kosztuje 75 AUD.

Image

Image

Image

Widoczna wyżej przeprawa to właśnie wspomniany Cahill Crossing.
Przejazdy przez rzekę, zwłaszcza mniejszych samochodów zahaczają o wyczyny kaskaderskie
a zważywszy, że poziom wody w chwili, gdy auto do niej wjeżdża potrafi być zupełnie inny, gdy
znajduje się ono na środku brodu - niepojęty wydaje się brak jakiegoś bezpieczniejszego sposobu
aby osiągnąć drugi brzeg.

Image

Tuż przy brodzie, w dogodnym miejscu, wybudowano platformę widokową.
Stojący na niej turyści mogą do woli przyglądać się wodnym wyczynom kierowców i tęsknie patrzącym
w ich stronę - krokodyli.

Od platformy rozpoczyna się pieszy szlak wzdłuż rzeki, który później przechodzi w sześciokilometrową
pętlę "Bardedjilidji Sandstone Walk".

Image

Image

Wycieczka jest przeciekawa, zaczyna się od gęstego lasu przy rzece, później przechodzi w bardziej
otwarty teren, urozmaicony skałami i wąwozami.
Szlak jest niemal płaski ale możemy poczuć się jak na rozpalonej patelni - koniecznie trzeba zabrać
wodę i buty do kostki: ścieżka nie jest bardzo uczęszczana i nie wiadomo, czy coś gryząco-jadowitego
się nie przytrafi.

Image

Image

Image

Jedną z głównych atrakcji przyrodniczych Kakadu są bilabongi, czyli mokradła i obowiązkowo trzeba
się po którymś bilabongu przepłynąć.
Najsłynniejsze bajoro -Yellow Water, w połowie drogi między Katherine a Ubirr, minęliśmy wczoraj.
Chyba wszystkie autokarowe wycieczki z Darwin do Kakadu oferują wodne widoki właśnie tu
i to nas trochę odstraszyło.
Zdecydowaliśmy, że będziemy pływać po Mary River, już nieco poza formalnymi granicami Parku Narodowego Kakadu.
Najlepszą porą na takie wyprawy jest poranek.

Zabraliśmy zatem pozdrowienia od krokodyli z East Aligator dla krokodyli z Mary River i ruszyli w stronę
kempingu, możliwie najbliżej przystani, z której mieliśmy nazajutrz wypłynąć.
Droga zdążyła zbliżyć się do Darwin, dlatego też chyba częściej, niż do tej pory widać było jakieś elementy
zabudowy - parkingi, znaki, kempingi.
Powszechne w okolicach Uluru tablice informujące o możliwości zalania drogi, tutaj zostały zastąpione
tablicami wskazującymi prawdopodobieństwo pożaru: na tarczy mieniącej się kolorami od niebieskiego
do krwistoczerwonego ustawiana ręcznie wskazówka pokazywała jeden z nich.
Wiadomo - jeżeli coś w okolicy czerwonego, to pożar po drodze mamy jak w banku.
Mijane przez nas pożarowskazy wcale nie miały alarmujących nastaw a i tak na horyzoncie, w którą
stronę nie spojrzeć - snuły się kłęby dymu:

Image

Prawdziwy pożar, z pełnym rozmachem, mieliśmy okazję zaliczyć osobiście nazajutrz, w drodze to Litchfield-
ale o tym później.Dzień 9

Caravan Park Tavern, na którym przyszło nam spędzić noc w rejonie Mary River
nazywał się tak, bo obok caravan parku była taverna.

Jakimś cudem, pomimo braku wiosek w pobliżu - bar był pełen, towarzystwo wyglądało
jak wycięte z filmu, gdzie głównym bohaterem jest Road 66 a do kolacji przygrywała kapela
o jakże wdzięcznej nazwie: "Pokaleczone Psy".

Na wypadek, gdyby ktoś nie miał czasu na dłuższe wycieczki - mógł sobie pooglądać krokodyle
na miejscu.

Image

Fred i Brutus nie stronili od obiektywu.
W końcu byli jednak w pracy i za wikt jakoś musieli zapłacić...

Przystań z której wypływa się na mokradła jest odległa kilkanaście kilometrów od Kakadu Hwy.
Wiedzie do niej z początku porządna utwardzona droga, potem utwardzona ale tylko trochę, a w końcu
trzeba poruszać się po nierównym karbowanym klepisku.
W związku z tym organizator imprezy wodnej odbiera z kempingu, busikiem, wszystkich, którym szkoda
ich własnego samochodu.
Skorzystaliśmy z tego, wcale nie darmowego dobrodziejstwa.

W przystani kierowca busika stał się kapitanem łódki.
Rejs w żadne specjalne przygody nie obfitował a rzeka i bagna okazały się rzeczywiście bardzo malownicze.
Można było patrzeć i patrzeć i patrzeć i ...
I byłoby bardzo przyjemnie i sielankowo, gdyby nie ten wewnętrzny przymus, żeby wypatrywać
i fotografować krokodyle...

Image

Image

Szczęśliwie innych zwierzaków, o zdecydowanie mniej dyskusyjnej urodzie też nie brakowało:

Image

Image

Image

Pojawiające się tu i ówdzie wysepki i kępy drzew są otoczone dywanem lilii wodnych, czasem ciągnącym się
po horyzont.

Image

Image

Przed jedenastą byliśmy znów na kempingu.
Kangury, które wczoraj nie chciały wejść w żadną komitywę, tym razem jakoś tak smutno patrzyły,
kiedy składaliśmy dobytek do dalszej drogi.
Tak się nam przynajmniej wydawało...

Do Parku Narodowego Litchfield nie było daleko i te 150 km spodziewaliśmy się połknąć w nie więcej niż dwie godziny.
Mieliśmy piękny i słoneczny dzień, bez wiatru i czegokolwiek innego, co mogłoby zwiastować zmianę pogody.
Niestety, w miarę upływu drogi robiło się coraz bardziej szaro, ponuro a słońce całkiem znikło.
Dopiero po dobrej chwili zorientowaliśmy się, że to nie załamanie pogody - wjechaliśmy w strefę pożarów a
to co wzięliśmy za chmury deszczowe i mgłę - stanowiło kłęby szaro-burego dymu.

Gdy dym zgęstniał na tyle, żeby zacząć się go bać - na środku drogi wyłonili się strażacy.
Bynajmniej nie zamykali przejazdu tylko instruowali każdego przejeżdżającego, jak należy się zachować:

* włączyć światła
* zamknąć wszystkie nawiewy w aucie
* broń Boże nie otwierać okien
* trzymać się metr od krawędzi drogi
* nie przyspieszać gwałtownie, aby nie zassać za sobą ognia
* nie zatrzymywać się

Na początku nie było za wiele widać:

Image

Potem pojawił się ogień:

Image

Jeszcze później termometr zaczął pokazywać na zewnątrz 65 stopni:

Image

A potem się przyzwyczailiśmy ...

Image

Image

Image

Po opuszczeniu pożaru i Stuart Hwy droga zmienia się zupełnie.
Nie jest już prosta lecz kręta, nie płaska tylko górzysta i nie szeroka a wąska.
W związku z tym - wcale tak szybko jej nie ubywa.
W nagrodę jednak - za wjazd na teren Litchfield National Park nie trzeba płacić ani dolara.Litchfield został przystosowany do potrzeb osób, które nie mogą rozstać się z wysokimi obcasami.
Wszędzie jest blisko i łatwo: zatoczka przy drodze, parking, wybetonowana ścieżka i już jesteśmy
obok jakiejś atrakcji.

Pierwsze z kolei, jeżeli podporządkować się trasie wzdłuż parku, są termitiery magnetyczne:

Image

Mrówki preferują tutaj tego rodzaju architekturę, ale sięgają również do projektów, które spotykaliśmy wcześniej.
Drugi rodzaj budownictwa, jak głosiła tablica obok - to termitiera katedralna.

Image

Kawałek dalej są Wodospady Florence.
Z góry prezentują się całkiem fajnie.

Image

Kiedy jednak wstąpimy na ścieżkę w ich stronę, choć prowadzi ona przez tropikalny las, poczujemy się jak
w parku wodnym.
W jedną stronę zmierzają ludzie z kocykami, materacami, dmuchanymi zabawkami, termosami i kanapkami.
W drugą zaś - z podobnym zestawem akcesoriów, tylko bez kanapek a termos jest pusty.
Wszystko dlatego, że wodospad nadaje się do kąpieli.

Image

Inny jest charakter odległych o jakieś dwadzieścia kilometrów Wodospadów Tolmer.
Owszem, można dotrzeć do nich ścieżką przygotowaną dla miłośniczek szpilek, ale jest też druga, kilkukilometrowa
ścieżka, gdzie z kolei miłośnicy natury znajdą coś dla siebie.

Image

Tak czy inaczej, jedni i drudzy, zobaczą w końcu to samo:

Image

Image

Ostatnim miejscem, które chcieliśmy zobaczyć w Litchfield były znowu wodospady: Wangi Falls.
Obok nich jest kemping, na którym zamierzaliśmy przenocować.
Zwiedzanie miało poczekać do rana, następnego dnia.
Jak zwykle do tej pory, miejsc do zaparkowania raczej nie zbywało.
Wbrew zakazowi, rozłożyliśmy się w zatoczce przeznaczonej do chwilowego parkowania.
Chwilę później przyjechał swoim kamperem Australijczyk i spytał, czy może rozłożyć się obok, bo nie znalazł
miejsca.
A potem, tym razem bez zbędnych pytań, dołączył do nas jeszcze jeden obywatel byłych kolonii brytyjskich.
W sumie takie zespołowe łamanie zakazów jest mniej stresujące niż indywidualne.

Image

============

Dzień 10

Wangi Falls od wcześniej widzianych falls na pierwszy rzut oka aż tak bardzo się nie różnią.
Też nadają się do kąpieli i to chyba nawet bardziej, ale z rana jeszcze za bardzo nikt nie kwapił się
do wskakiwania do wody.

Image

Image

Wokół wodospadów, górą, biegną dwie ścieżki.
Pierwsza jest dla zaawansowanych turystów - przejście jej zajmuje trzy dni, trzeba nocować w buszu no i zadbać
oczywiście o wodę i prowiant.
Sądząc po kierunku, w którym zmierzali, właśnie ci zawodnicy poszukiwali tej przygody:


Dodaj Komentarz

Komentarze (23)

singielka-1976 22 lipca 2016 14:48 Odpowiedz
Czekam na ciąg dalszy, bo raz, że zapowiada się ciekawie a po drugie wiadomo, że też mam hopla na punkcie tego kraju :).A póki co nie zgadzam się z tym:TikTak napisał:Gdy wynajmujący odbiją na nim swoje piętno a ta czy inna część się obluzuje albo nawet i odpadnie - samochód jest wypożyczany przez firmę Britz.bo nasze oba campery były prawie nowe, nic nie było obluzowane czy nie działało :P.
tiktak 22 lipca 2016 14:57 Odpowiedz
Dzięki:)Dziękuję Ci również za zdjęcia Twojego kampera, o które kiedyś prosiłem.Dowiedziałem się z nich co i jak w takim pojeździe funkcjonuje.Absolutnie nie chciałem powiedzieć, że wypożyczalnie oddają w ręce klientaauta z usterkami.Przed wydaniem są dobrze serwisowane.Nawet moje, choć ze znacznym przebiegiem nie miało najdrobniejszej wady technicznej.
grzesiekc 22 lipca 2016 15:26 Odpowiedz
Ja też z chęcią poczytam, będę tam pod koniec sierpnia a nie mam jeszcze żadnych planów :)pozdrawiam
japonka76 22 lipca 2016 15:42 Odpowiedz
tikTak napisał:Kangury ze skłonnościami samobójczymi pojawiają się po zmroku. To zabrzmiało jak wstęp do horroru. :evil: Mam jednak nadzieję, że relacja będzie w wesołym nastroju mimo wszystko, jak wszystkie Twoje poprzednie.Polubiłam Australię. Ja też byłam jeszcze zimą (wrzesień) w Australii, chociaż pogoda trafiła mi się letnia.
tiktak 22 lipca 2016 17:02 Odpowiedz
Ścieżka w kierunku przystani początkowo wyglądała zupełnie niewinnie.Jak wszystkie inne ścieżki do przystani na świecie.Została nawet zaopatrzona w słupek i deskę z napisem: "Do przystani".Później zrobiła się jakby trochę wąska. Gałęzie wielkich paproci i fikusów zaczęły atakować a w trawie cośszurało, szeleściło i pojękiwało.Dziwny zapach.Trochę jak palonej gumy, trochę jak siarki.Tak, palącej się siarki.Zrazu tylko był, potem przeszkadzał, aż w końcu zaczął dusić.Trzeba wracać, bo podrównikowa noc nie czeka.Ścieżka gdzieś się jednak zapodziała.Kiedy kawałki nieba, które dały radę wcisnąć się między zielony gąszcz stały się pomarańczowe -rozległ się przerażający krzyk.Zawtórowało mu echo, potem odpowiedział mu drugi, podobny potępieńczy wrzask.I nagle las ożył ...Wrzask z setek potępionych gardeł, duszący zapach siarki a resztki nieba nad głową zasłoniłyskrzydła setek krążących gigantycznych nietoperzy.Było ich coraz więcej i były coraz bliżej ...Fuchch, fuchch - odgłos wielkich skrzydeł i ich podmuch na twarzy...=====================Wcale nie będzie wesoło :twisted:
ara 22 lipca 2016 17:48 Odpowiedz
Australia co prawda dopiero w majowych planach, póki co powinnam się skupiać na wrześniowej Gruzji ale... co tu dużo mówić, czekam z niecierpliwością! ;)
tiktak 23 lipca 2016 07:26 Odpowiedz
Jeszcze tylko parę dywagacji natury ogólnej i relacja będzie bardziej rzeczowa.Społeczeństwo Australii dzieli się na dwie grupy: Australijczycypogodni oraz Australijczycywpracy.Ci pierwsi występują najliczniej - spotykamy ich na kempingach, w trakcie wycieczek, na ulicy.Na ulicy niejednokrotnie zdarzy się nam, że Australijczykpogodny sam nas zaczepi, żeby pomóc,gdy zobaczy, że za długo studiujemy mapę albo tak, bez specjalnego powodu, żeby pogadać.Jako turyści Australijczykówwpracy możemy czasem nawet wcale nie spotkać a przynajmniej nie będziemymieli z nimi zbyt częstego kontaktu.Na wszelki wypadek jednak podaję, że ci dzielą się znów na dwie kategorie: Australijczykuciemiężonyi Australijczykdzielny.Australijczykdzielny stara się jak może i nawet w skrajnej sytuacji, gdy do weekendu ma on jeszczesześć dni nie poddaje się i załatwia z uśmiechem sprawę, jaką go obarczyliśmy.Kategoria Australijczykuciemiężony jest niebezpieczna.Całe szczęście jednak, że przedstawiciele tej grupy występują bardzo rzadko, najczęściej funkcjonująw odseparowanych enklawach i przy odrobinie szczęścia da się ich ominąć.Podobnie zresztą jest z krokodylami.Zjawisko jednak występuje i dla zasady trzeba o nim napisać.Australijczykauciemiężonego można łatwo rozpoznać.Praca dla niego jest ponurą koniecznością i krzywdą niezasłużoną.Jest ponury, oschły, okazuje zniecierpliwienie, gdy prosimy o powtórzenie czegoś.Używa angielskiego w slangu zrozumiałym jedynie w wiosce z której pochodzi i kombinujejak się nas pozbyć.W zasadzie to trafiliśmy tylko raz na skupisko Australijczykówuciemiężonych w firmieBushwacker Eco Tours z Brisbane ale z opresji udało się szczęśliwie wyjść.Gdyby jednak ktoś w Brisbane był, to niech uważa.Jakieś ślady z tego gatunku miała też w genach pani z wypożyczalni kamperów w Alice Springs.Na powitanie odpowiedziała ponurą miną i ni to stwierdzeniem ni pytaniem "Name?".Następnie stwierdziła, że z naszym autem jest jakiś problem i dostaniemy inne tylko musimyje pojutrze oddać.Z niechęcią przyjęła moje oświadczenie, że oddam, ale za dziesięć dni i nie tu, tylko w Darwin.Z przebiegłym błyskiem w oku surowo rzuciła: "Licence!".Licence miałem i polskie i międzynarodowe, tak jak wyraźnie w regulaminie wypożyczalni zapisano.Pani była rozczarowana, powodu do odesłania mnie z kwitkiem nie było.- No to przygotujemy ten pana kamper ale to potrwa. Co, nie widzi pan ile tu mamy pracy?!- I apologize for the inconvenience, odparłem i pani przestała się mną interesować całkowicie.Rozsiedliśmy się na walizkach i po godzinie samochód się odnalazł.Wydała nam go inna pani, zdecydowanie z grupy Australijczykówdzielnych i z lekkim opóźnieniemmogliśmy ruszyć w drogę.NAWET, JEŻELI SŁYSZELIŚCIE, ŻE KOMUŚ W WYPOŻYCZALNI WYSTARCZYŁO TYLKO JEDNO PRAWO JAZDY ALBO,ŻE NIE CHCIELI ŻADNEGO DOKUMENTU - ZABIERZCIE DO AUSTRALII OBYDWA.POLSKIE PRAWO JAZDY JEST DOKUMENTEM UPRAWNIAJĄCYM DO KIEROWANIA POJAZDEM A MIĘDZYNARODOWEZ FORMALNEGO PUNKTU WIDZENIA STANOWI JEDYNIE TŁUMACZENIE DOKUMENTU PODSTAWOWEGO.Później byłem świadkiem w Darwin, jak grupa nieszczęsnych Niemców toczyła w wypożyczalni bój,nie mając przy sobie jednego z dokumentów.
gosiagosia 24 lipca 2016 21:27 Odpowiedz
A więc -wróciliście - cali i zdrowi: żaden wąż, pająk ani gad Was nie zeżarł 8-) Z ogromna ciekawoscią poczytam sobie jak przebiegała moja ;) trasa.Ps.Mam problem z poczuciem winy. Nie mam poczucia :mrgreen:
olajaw 26 lipca 2016 11:34 Odpowiedz
@TikTak jak ja lubię Twoje relacje :) czekam na cd. :)
gosiagosia 1 sierpnia 2016 21:08 Odpowiedz
@TikTak - ociągasz się. Czas wrócić do klawiatury 8-)
tiktak 13 sierpnia 2016 01:45 Odpowiedz
Przepraszam za przerwę.Na usprawiedliwienie chcę powiedzieć, że:Na kilka dni po powrocie przeprowadziłem się do domku na działce - a tam Internetu brak.Wprawdzie ostatnio proboszcz po mszy mówił, że będzie światłowód we wsi, ale postanowiłemnie czekać z dalszym ciągiem relacji na jego doprowadzenie.Niestety, gdy wiedziony dobrą wolą wróciłem do cywilizacji, zamiast pracować nad relacją,musiałem, jak co roku, wykonywać czynności pokutne w związku z odbytym urlopem.Była ich niezliczona ilość.Między innymi pojechałem do Poznania, który jest fajny, ale daleko.Musiałem chwilowo zastąpić tam kierownika wdrożenia, który przeżył gwałtowne załamanie nerwowe,po tym, jak cały dział księgowy oświadczył, że u nich nie ma na klawiaturze guzika "Zatwierdź".Wyzwaniem było też przesłanie jednolitego pliku kontrolnego na serwer Ministerstwa Finansów.Trudność polegała na tym, że MF określiło jakie kary będą za niedostarczenie w/w pliku, niestety nie namyśliło się do końca, co też w nim ma być.Pewnie może w nim być cokolwiek, bo serwer na który dane miały trafić - nie działa.W świetle powyższych faktów proszę o usprawiedliwienie.
dziabulek 16 sierpnia 2016 20:51 Odpowiedz
Początek bardzo obiecujący, czekam na ciąg dalszy :)
gosiagosia 13 września 2016 20:03 Odpowiedz
@TikTak - dwa pytania:- o co chodzi z tym pozwoleniem na alko? Dlaczego tak?- czy w tym bajorku w raju mozna się kapać :mrgreen:
singielka-1976 18 września 2016 11:20 Odpowiedz
@TikTak nie ma takiego czegoś jak "miś koala", nawet z pluszu :P
singielka-1976 18 września 2016 14:56 Odpowiedz
@TikTak czy możesz napisać, gdzieście gałgana na ręce brali i ile ta przyjemność kosztowała ? :)
japonka76 18 września 2016 16:28 Odpowiedz
Ja kupiłam oryginalne bumerangi Made in Australia w sklepie z pamiątkami w Blue Mountains. Wysłane z mojego SM-A500FU przy użyciu Tapatalka
singielka-1976 1 listopada 2016 12:00 Odpowiedz
Ale, że jak to już? Taki koniec koniec? A jakieś podsumowanie czy coś? :P
ambush 11 listopada 2016 11:36 Odpowiedz
No Terytorium Północne rzadziej odwiedzane, ale mi też przypadło bardzo do gustu!Fajnie, że mogę zobaczyć relacje właśnie z tego kawałka Australii.
kkl 19 listopada 2016 16:48 Odpowiedz
TikTak napisał:W związku z powyższym wcale nie miałem wyrzutów sumienia oszczędzając na transporcie z lotniska:Przejazd ze stacji International Airport albo Domestic Airport do np. Circular Quay (centrum, okolice opery - tutaj wartoznaleźć nocleg) kosztuje ok. 17 AUD.Tymczasem, gdy do wagonu wsiądziemy tylko półtora kilometra od lotniska, na stacji Mascot - zapłacimy 3.40 AUD apoza godzinami szczytu 2.40 AUDPodobno tak duża różnica wynika z apetytów finansowych właścicieli aeroportu.Bezpośrednio obok terminali jest tymczasem przystanek autobusu linii 400 i 410.Jest do niego wcale nie dalej, niż na peron metra.Autobusy te kursują często i za ok. 1 AUD dowiozą nas w pięć minut do stacji Mascot, skąd możemy dostać się jużgdziekolwiek za normalną opłatą. Rozkład jazdy linii "400" dostępny tutaj: https://en.wikipedia.org/wiki/Sydney_bus_route_400PozdrawiamTomekMy wlasnie tak nieco "oszukalismy" system w drodze na lotnisko. Poza godzinami szczytu mozna z centrum dojechac za 2.46 AUD (2.36 za pociag i 0.1AUD za autobus). Pojechalismy z Circular Quay do Mascot. Tutaj trzeba przejsc doslownie 200m na przystanek (stand B - w strone lotniska). Autobus jedzie jakies 15-20min stad. Mielismy szczescie ze doslownie od razu jak wyszlismy z metra podjechal autobus 400 (musielismy nawet troche nawet podbiegnac by go zlapac), dzieki czemu nasza podroz na lotnisko nie byla duzo dluzsza niz podroz pociagiem. Autobusy jezdza jednak co 30 minut, wiec trzeba sobie odpowiedni bufor czasowy zapewnic.Z tym Opalem to faktycznie srednio uczciwe. My mielismy na karcie okolo 4.7 AUD. By dojechac na lotnisko musialbym miec okolo 17. Doladowac mozna tylko wielokrotnoscia 10 AUD. Musialbym wiec doladowac za 20 AUD i zmarnowalibysmy wiec prawie 8 dolarow na kazdej karcie chcac dojechac na lotnisko pociagiem cala trase. Dlatego tez kombinowalismy jak dojechac taniej.
dziabulek 8 lutego 2017 09:31 Odpowiedz
@‌TikTak‌ mam pytanie jak oceniasz wygodę jazdy kamperem? Czy gdybyś miał jeszcze raz wybrać tą opcję to byś ją wybrał czy jednak zamienił na auto+hotel?
tiktak 8 lutego 2017 12:52 Odpowiedz
Bardzo mi się wakacje w kamperze podobały.Prowadzi się toto jak samochód osobowy, mniej więcej.Można powiedzieć, że zawsze się jest w domu, gdziekolwiek by nas noc nie zastała.Nie miałem okazji jeździć większym kamperem, wtedy pewnie trzeba trochę więcej zdolnościprzy manewrowaniu.Zdecydowanie powtórzyłbym wybór takiego sposobu podróżowania w TP.W zasadzie, to trudno mi sobie wyobrazić inną metodę na zdobycie dachu nad głowąi przemieszczanie się tutaj.Odległości są bardzo duże, hoteli, poza kilkoma sztandarowymi miejscami - po prostu nie ma.O czymś takim, jak prywatne kwatery trzeba zapomnieć, bo tu nikt nie mieszka.Noclegi w domkach na kempingach - bardzo ograniczona podaż, kiepska jakość, wysokie cenyi konieczność rezerwacji z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem.Agnieszce, tej ze wstępu, pod Uluru udało się z marszu i bez problemu zakwaterować, ale była tampoza sezonem, w porze mokrej a nigdzie w TP nie ma tak dużo kwater, jak w Uluru.A poza tym, to Agnieszka w takich sprawach ma zawsze szczęście...PozdrawiamTomek
dziabulek 8 lutego 2017 13:06 Odpowiedz
Dziękuje za odpowiedź. Ja co prawda planuję zachodnią Australię, a tam łatwiej o noclegi i ich wybór stąd moje pytania. Bo jednak kamper wychodzi dość drogo, biorąc pod uwagę wszystkie dodatki bez których w sumie trudno się obejść oraz o 100% wyższe spalanie niż w osobówce. Poza tym hotel jednak ciut wygodniejszy, wiadomo ciepło, sucho i z przestrzenią itd, ale kamper to przygoda:)
nucyk 16 lutego 2017 21:05 Odpowiedz
Też polecam kamper robiłem tak dwa razy. Raz z Perth do Darwin, a drugi raz z Perth po zachodniej i południowej części, niezapomniana przygoda.